128. dzień roku

zielone korony drzew

Dość rzadko zdarza mi się jeździć komunikacją miejską, bowiem mieszkamy niedaleko centrum miasta, do pracy też nie mam jakoś bardzo daleko, dlatego przeważnie poruszam się rowerem lub pieszo. Wczoraj jednakże postanowiłam po pracy wybrać się na wędrówkę po lesie, w związku z tym wybrałam sobie niezbyt długi szlak do przejścia i zabrałam się autobusem właśnie w podmiejskie okolice. Szlak okazał się być bardzo słabo oznaczony i w ten oto magiczny sposób gdzieś go po drodze zgubiłam (nie miałam akurat mapy, a wszelkiego rodzaje aplikacje na smartfony to nie są jednak moi najlepsi przyjaciele) i zatoczyłam piękne koło, wracając niemal do punktu wyjścia. Było już dość późno na szukanie miejsca, gdzie zgubiłam szlak (domyślam się gdzie to mogło być i jeszcze tam wrócę to sprawdzić, ale tym razem z mapą) i cóż było robić – po przejściu jakichś 8 kilometrów, wróciłam również autobusem.

strumyk w lesie

Tam, na wyświetlaczu, ujrzałam taki oto napis „Dziś jest 128. dzień roku, do końca roku pozostało jeszcze 238 dni„. 128. dzień roku. Teraz już 129. Niesamowite. Kiedy te wszystkie dni upłynęły? Co ja przez te wszystkie dni robiłam? Ile w nich było radości, ile smutków, ile razy złościłam się na coś, ile razy byłam z siebie dumna, ile razy martwiłam się albo na coś bardzo czekałam? A ile z tego czasu tak po prostu bezpowrotnie zmarnowałam? Kiedy zaczęłam nad tym rozmyślać podczas sennej podróży autobusem, doszłam do wniosku, że mamy na tym świecie jedno życie, z którego tak naprawdę większości nawet nie pamiętamy! Mija sobie ono cichutko pomiędzy codziennymi sprawami szarej rutyny i ani się obejrzeć, a już go tyle ubyło.

leśna ścieżka las bukowy

Podzieliłam się z Krzyśkiem wieczorem swoimi przemyśleniami na ten temat i zapytałam czy on pamięta co robił na przykład 57. dnia w tym roku. On natomiast szybko policzył, że to była środa, w związku z tym był tego dnia w pracy i na obiad jadł spaghetti z pesto, bo taką mamy drobną tradycję, że w środy jest makaron z pesto. Ale czy on to pamięta? Raczej nie, wie o tym, przypuszcza, ponieważ to zazwyczaj akurat robi w środy. A ile jest takich właśnie dni, o których się wie, że były, że coś się wtedy najprawdopodobniej robiło, bo zawsze się robi, bo to część pewnej rutyny, ale tak naprawdę wcale się ich nie pamięta? Prawdopodobnie większość życia!

Dlatego tak bardzo ciągnie mnie do podróżowania i tak bardzo bym chciała, byśmy mogli to robić jak najczęściej. Bo to się wiąże ze złamaniem rutyny, z pewną przygodą, z przeżyciem czegoś. Bo czy za rok, dwa lata, za dziesięć lat będziemy pamiętali o tym, że kupiliśmy nową patelnię? Szczerze wątpię. Ale o wspinaczce i zejściu z Teide, o płynięciu łodzią podwodną, o puszczaniu latawca nad Zalewem Szczecińskim, o tym pamiętać będziemy. I choć z pewnością w naszych wspomnieniach będziemy się różnić w szczegółach (nasz wspólny kolega ma czasem ubaw jak słucha tej samej historii opowiadanej przeze mnie i potem przez Krzyśka albo odwrotnie – to są często dość różne historie 😉 i to jest niesamowite jak umysł zapamiętuje różne rzeczy), to jednak będzie to w nas już na zawsze.

I kiedyś, być może nawet za kilkadziesiąt lat, będziemy mogli powiedzieć „a pamiętasz jak…?” I będziemy się sprzeczać o te właśnie drobiazgi, które każde zapamiętało inaczej 🙂 Ale to zawsze będzie nasze i zawsze już będzie czymś, do czego będziemy mogli wracać, co będzie częścią nas. Bo chyba o to w życiu właśnie chodzi – żeby mieć co wspominać 🙂

gwiazdnica wielokwiatowa w lesie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *