365 dni i kilka lockdownów temu

ciasto urodzinowe i bukiet róż

Tego dnia rok temu rozpoczął się dla mnie lockdown. Dla reszty świata zaczął się on trochę wcześniej, ale na mnie i moje ówczesne życie miał on namacalny skutek dopiero wtedy.

15.04.2020 miałam siedzieć na pokładzie samolotu, który miał mnie i Krzyśka zawieść z Berlina do Faro. Miałam rozpocząć świętowanie swoich urodzin ciepłym, portugalskim słońcem i kieliszkiem portugalskiego wina. Niestety. Tydzień wcześniej odwołano mój lot. Zamiast portugalskiego słońca było szczecińskie, a i wino z zupełnie innej części świata.

Rok temu naprawdę wierzyłam, że to potrwa najwyżej parę miesięcy.

Tymczasem końca nie widać.

W tym roku świętowanie urodzin wypadło mi jakoś wcześniej. Wyjazd na kilka dni w Góry Sowie musieliśmy dopasować do możliwości urlopowych Krzysztofa, więc wracaliśmy już wczoraj. Sam wyjazd był jedną wielką ruletką – jedziemy, nie jedziemy, może jednak jedziemy, kolejne przedłużenie lockdownu, więc chyba nie, no nie, nie ma możliwości, nie pojedziemy. Nagle w piątek rano telefon znikąd. Zmiana planów – jedziemy!

Spontaniczny plan

Udało się, a Górom Sowim i całemu naszemu projektowi pod tytułem “Korona Gór Polski” poświęcę osobny wpis (jak tylko skończę wreszcie męczyć Australią – już niedługo! 😉 ). Dziś tylko zdradzę, że taki plan powstał – żeby zdobyć wszystkie najwyższe szczyty wszystkich pasm górskich w Polsce. Nie wiem ile czasu nam to zajmie. Ten projekt nie ma daty ważności. Ja jestem z tych, co uważają, że ważniejsze od osiągnięcia danego celu jest jego osiąganie, ta droga, która do niego prowadzi. Cel to przysłowiowa wisienka na torcie – droga do niego to cały tort 😉

Pomysł na zdobycie Korony Gór Polski wziął się z refleksji, że dawno bardzo żadne z nas nie było w górach, a oboje bardzo lubimy. Poza tym to dobry sposób na zwiedzanie Polski i różnych jej regionów. A że z podróżami po świecie aktualnie jest słabo, to zdecydowanie, póki się sytuacja nie znormalizuje (w sensie administracyjno-politycznym, nie epidemiologicznym), stawiać będziemy na wyjazdy krajowe. I cieszymy się na to, bo nagle okazało się, że w tylu jeszcze miejscach nie byliśmy i tyle jest ciekawych zakątków do odwiedzenia! 🙂

Kto żyje w stanie epidemii, ten się w cyrku nie śmieje

Niestety. Portugalia będzie musiała poczekać do bliżej nieokreślonego “kiedyś”. Podobnie jak wiele innych miejsc. Jakoś wcale nam się nie uśmiecha robienie tych wszystkich testów i nabijanie komuś na tym kasy (bo jeśli w tym samym samolocie siedzą osoby, które zrobiły test przed wylotem i te, które zrobią go dopiero po przylocie, to trudno mi przyjąć do wiadomości, że tu o jakiekolwiek bezpieczeństwo kogokolwiek chodzi). Nie bawi nas ruletka z kwarantanną i udowadnianie na każdym kroku jakimś urzędnikom, że nie jesteśmy wielbłądami.

Oboje regularnie oddajemy krew – coś, co podawane jest potem ludziom przy operacjach, porodach, ludziom w stanie zagrożenia życia albo których organizm już jest czymś mocno nadwyrężony. W takich sytuacjach ważne jest, aby ta krew była od rzeczywiście zdrowej osoby. Żeby ją oddać, trzeba spełniać warunki wymienione na 3 stronach arkusza formatu A4. W kontekście Covid-19 wystarcza tam procedura pomiaru temperatury (jakże wiarygodna zimą, kiedy każdy wchodzący do budynku ma według pomiaru 35 stopni) i… ankieta na około 10 pytań. O ile mi wiadomo, krew bada się później jedynie na obecność HIV i wirusa zapalenia wątroby. I to wystarczy.

Ale żeby wyjechać z kraju, muszę zrobić jeden albo dwa testy, względnie odbyć kwarantannę (taki szantażyk, jeśli nie zapłacisz za test), chodzić w bezużytecznej masce, a w niektórych wypadkach wytłumaczyć się, dlaczego ja w ogóle ośmielam się dokądś podróżować. Wszystko w europejskiej strefie WOLNEGO przepływu ludzi i towarów. No nie, bardzo dziękuję.

Kolejne urodziny w lockdownie

Na przekór wszystkiemu, postanowiłam je spędzić przyjemnie. Robiąc to, co uwielbiam, z ludziem, którego kocham 🙂 Jakoś tak ostatnio wychodzi, że świętowanie moich urodzin rozciąga się w czasie i jak tak dalej pójdzie, to za kilka lat będzie to trwało z miesiąc. Ale przyjemności nigdy za dużo, więc nie zamierzam sobie żałować. Prezenty – przemyślane, użyteczne i rzeczywiście potrzebne – już były, wspólne wędrówki po górach już też, więc na dziś został mi pyszny sernik z truskawkami, cudowne róże od Krzyśka i wino. Gruzińskie.

Na portugalskie przyjdzie jeszcze czas.

ciasto urodzinowe i bukiet róż

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *