Centralny Szlak Roztocza – odcinek Szastarka-Zwierzyniec

panorama Roztocza

Roztocze „chodziło za mną” od dawna, bo nigdy nie byłam w tych rejonach, a słyszałam, że piękne. W końcu to ja postanowiłam je… przejść. Dokładnie tak. A prowadzić mnie miały niebieskie znaki Centralnego Szlaku Roztocza, który kiedyś łączył ze sobą Szastarkę z Bełżcem, ale został przedłużony do Horyńca Zdroju i aktualnie jego długość wynosi 195 km. Szlak przecina północną część Roztocza, Roztoczański Park Narodowy i dalej zmierza na południowy-wschód aż po Podkarpacie. Wyzwanie? A jakże!

Szastarka? Gdzie to jest?

Szastarka to niewielka miejscowość w okolicach Kraśnika. A Kraśnik znajduje się pomiędzy Sandomierzem a Lublinem. Tak mniej więcej. Z mojego końca świata oznacza to kurs pociągiem do Warszawy, potem do Lublina i stamtąd już można doświadczyć połączenia do Szastarki nowoczesnym szynobusem. Takim malutkim 🙂

pociąg szynobus z Lublina do Szastarki

Szastarka to obszar wiejski, a więc głównie pola i trochę lasów. Okolice Kraśnika to istne zagłębie malinowe, więc jeśli lubicie te owoce – to jest kierunek dla Was!

Szastarka – Batorz (ok. 17 km + ok. 5 km za zgubienie szlaku)

Przyjechałam około godziny 14:00. Znalezienie początku szlaku nie przysparza trudności – niebieskie kółko widnieje zaraz na słupie na przeciwko budynku dworca. Ba, są nawet dwa słupy i dwa niebieskie kółka – jedno samotne, drugie w towarzystwie szlaku żółtego. Można sobie wybrać 😉

Co ciekawe, na mojej mapie żółty szlak w ogóle nie był w tym miejscu oznaczony.

Początek wędrówki był bez szału – wzdłuż asfaltu w stronę Kolonii Brzozówki. Ale już po paru chwilach niebieskie znaki wskazywały zejście w lewo na otoczoną drzewami drogę gruntową.

drzewa przy ulicy miejsce gdzie niebieski szlak skręca w lewo od głównej drogi Szastarka

Drzewa dawały przyjemny cień w popołudniowym skwarze. Przez chwilę jeszcze nawet widziałam znaki, a potem… na pewno były. Gdzieś.

Skręciłam w prawo i zeszłam nieco w dół. Do tego momentu jeszcze widziałam niebieskie znaki. Potem… pokierowałam się tak, jak biegła droga, a biegła wzdłuż pola malin. Nie mogłam się oprzeć, by garstkę spróbować. Były przepyszne! Minęłam maliny, potem było jeszcze trochę domów i kompletnie nieoznaczony rozstaj dróg (albo zwyczajnie nie zauważyłam, ale wydawało mi się, że rozglądałam się uważnie). Poszłam prosto piaszczystą drogą, minęłam jeszcze ze dwa domy, prawie suchą nogą przeszłam przez zasychające błoto i znalazłam się na polach. Wydaje mi się, aczkolwiek pewności nie mam, że powinnam wtedy jednak skręcić w prawo w wąską, asfaltową drogę. Niestety, jedyna mapa, jaką udało mi się zdobyć przed wyjazdem, była w dużej skali (1:175 000) i przez to ciężko było czasem dobrze rozpoznać się z nią w terenie, jeśli w grę wchodziły szczegóły. Drogi, którą poszłam, w ogóle – jak się okazało – nie miałam na mapie. Ta, którą miałam, to musiała być ta mała asfaltowa.

Tym oto sposobem przeszłam całkiem spory odcinek polami, w upale, który nawet jak na moje standardy był dość uciążliwy, potem mały kawałek lasem, żeby na końcu odkryć, że nadrobiłam ładnych parę kilometrów i znalazłam się w miejscowości Blinów. Nie było wyjścia – należało teraz wrócić na szlak asfaltem. Jakieś 3 km do Starych Moczydeł. Łącznie około 4-5 zupełnie niepotrzebnych kilometrów. Kiedy tak szłam drogą, mijała mnie kilka razy grupka dzieci na rowerach. Wszystkie, co do jednego, powiedziały mi „dzień dobry” i to było coś, co potem mi się bardzo podobało podczas mojej wędrówki przez Roztocze – ludzie mówili sobie, nawet obcym, „dzień dobry”. Ja pierwsza mówiłam starszym od siebie, niemal wszystkie dzieci witały się ze mną. Rzecz tak drobna, a w moich stronach już zanikająca (ludzie tu właściwie się ignorują). Niby niewiele, a wystarczyło, by przestać czuć się tak całkiem obcym. Zwłaszcza, że przywitaniu często towarzyszył uśmiech 🙂

droga przez pola z Szastarki do Blinowa
droga przez las z Szastarki do Blinowa
skoszone pola w drodze do Batorza Roztocze
zachód słońca nad polami w okolicy Batorza na Roztoczu
rozpadająca się chata w Batorzu na Roztoczu

Kiedy już odnalazłam na powrót szlak w Starych Moczydłach, dalej było już prosto. Wzdłuż asfaltu przez Nowe Moczydła i Błażek. W tej ostatniej miejscowości droga się rozchodziła i mapa wskazywała, że górą biegnie czerwony szlak rowerowy, a dołem niebieski, do którego potem dołącza żółty i oba prowadzą dalej do Batorza. Poszłam dołem, mijając kolejne krzaki malin, którym nie zdołałam się oprzeć (ale tylko kilka!). Droga wiła się pomiędzy polami i żółte znaki z rzadka udawało mi się dostrzec, niebieskich natomiast nie. Dopiero w samym Batorzu ni stąd, ni zowąd nagle pojawiły się razem.

Słońce chyliło się już ku zachodowi i najwyższy czas był poszukać jakiegoś miejsca na nocleg, bo chociaż miałam ze sobą namiot, nie chciałam jednak za bardzo nocować na dziko w lesie. Zapytałam więc dwóch panów o możliwość noclegu w Batorzu i najpierw się zafrasowali, a potem polecili mi gospodarstwo agroturystyczne jakieś 2 km dalej na drugim końcu Batorza. Niewiele myśląc podziękowałam i skierowałam swe kroki w tamtą stronę.

Gospodarstwo Agroturystyczne Nad Porem znajdowało się w Batorzu II za stacją benzynową i stokiem narciarskim. Trzeba było do niego przejść po drewnianej kładce, co wymagało ode mnie trochę odwagi, bo nie czuję się pewnie na takich konstrukcjach. Miałam szczęście, bo – jak mnie poinformowano – w tygodniu nocują u nich robotnicy sezonowi i z miejscem byłby kłopot, ale akurat kończył się weekend i do jutra mogłam zostać. O rozbiciu namiotu w ogrodzie nie było nawet mowy, rozgościłam się więc w pokoju.

Batorz – Radecznica (40,8 km)

Obudziłam się wcześnie rano i już o 7:00 byłam na szlaku. Wymagało to cofnięcia się jakiś kilometr i oczywiście ponownego przejścia przez kładkę.

mostek nad rzeczką w Batorzu

Minęłam Kościół pod wezwaniem Św. Stanisława i skręciłam w wąską, asfaltową dróżkę prowadzącą w las.

Początkowo szlak prowadził przez las asfaltem, który potem przeszedł w ubitą drogę gruntową. Co ciekawe, oznakowanie na początku było żółto-niebieskie – na mojej mapie tylko niebieskie. Po niedługim czasie doszłam do niedużej wiatki i kopca, który okazał się być zbiorową mogiłą z okresu powstania styczniowego z 1863 r. kiedy to w bitwie na Sowiej Górze oddziały Marcina Borelowskiego-Lelewela przegrały z Rosjanami. Sam Lelewel pochowany został na cmentarzu w Batorzu. Przy tej mogile szlaki żółty i niebieski rozchodziły się.

Do momentu wyjścia z lasu na pole oznakowanie było bardzo dobre. Przy ostatnim znaku jedynie wykrzyknik sugerował, że dalej należy skręcić w lewo i udać się drogą na wprost przez pole, nie wzdłuż lasu, choć aż się prosiło, by to zrobić. Na środku pola stał kolorowy, zdobiony krzyż.

rozstaj dróg na skraju lasu
malowany i zdobiony krzyż pośród pól na Roztoczu

Dalej droga prowadziła znów do lasu, ale nie widziałam tam żadnych znaków. Postanowiłam więc cofnąć się trochę i pójść jeszcze kawałek polem, po czym weszłam do lasu kawałek dalej. Tam również znaków nie widziałam, kierowałam się więc w stronę Otroczy na azymut. W pewnym momencie droga wychodziła znów na pole i spotykała się w tym miejscu z inną, również wychodzącą z lasu na pole, drogą, przy której już widniał znak. Możliwe więc, że pierwsze wejście do lasu było jednak prawidłowe, choć kiedy mym oczom ukazał się labirynt ścieżek tam, zwątpiłam.

Do samej Otroczy nie było już żadnych problemów, a przed miejscowością znów mijałam setki krzaków malin 🙂

roztoczańskie pola
malinowe ogrody w Otroczy na Roztoczu

W Otroczy szlak znów idzie kawałek asfaltem, ale zanim udałam się w dalszą drogę, zrobiłam sobie dłuższy przystanek przy zadaszonym stoliczku obok sklepu spożywczo-przemysłowego na śniadanie i odetchnięcie. Jeszcze w Batorzu ludzie przedstawiali różne wersje odległości do Otroczy – jedni mówili, że to dobre dziesięć kilometrów, inni, że przez las to pięć. Gdyby zrobić konkurs, to wygraliby ci pierwsi, przez las bowiem zegarek zliczył mi pierwszą tego dnia dychę.

Nie pauzowałam długo – planowałam osiągnąć ten etap już poprzedniego dnia, ale z powodu zgubienia szlaku byłam te 10 km do tyłu względem planu i chciałam dziś nieco nadrobić. Poszłam wzdłuż asfaltu w stronę kościoła, gdzie szlak odbijał w lewo pod górkę w stronę cmentarza i lasu.

bocian na łące
kościół w Otroczy na Roztoczu
droga wąwozem przez las
rozwidlenie dróg w lesie niebieski szlak wielki dział

W pewnym momencie droga rozwidlała się i znak wskazywał tę na prawo. Kolejnych znaków już nie widziałam. Szłam więc dalej najbardziej wyraźną drogą spośród różnych leśnych ścieżek, taką, która wyglądała, jakby mogła być szlakiem. Tym sposobem doszłam do dużych wąwozów, a kontynuacja drogi była po drugiej stronie. Z pomocą pożyczonych kijków udało mi się zejść na dno wąwozu, a następnie wspiąć się na tę drugą stronę, by móc iść dalej swoją „wyglądającą na mogącą być szlakiem” drogą (zdjęcia niestety nie oddają tej głębi). Parę metrów jeszcze w górę i droga wyprowadzała z lasu prosto w chaszcze. Ale jakie! Trawy i wszelkiego rodzaju zielsko sięgało mi momentami do pasa. Próbowałam przejść tym kawałek, żeby zobaczyć czy nie ma czegoś sensowniejszego dalej, ale nie było, więc przebiłam się znowu do lasu i wróciłam do punktu wyjścia. Nie przekraczałam wąwozu po raz drugi, zamiast tego zauważyłam drugą, mniejszą ścieżkę, która biegła wzdłuż niego. Poszłam w tę stronę.

wąwóz w okolicy Otroczy na Roztoczu
leśne wąwozy na Roztoczu
wąwóz w lesie w okolicy Otroczy Wielki Dział

Odcinek ten nazywał się Wysoki Dział, a dział kojarzył mi się bardziej z górami. Poza tym wydawało mi się logiczne, że szlak nie powinien biec dnem wąwozu, gdzie w czasie opadów na pewno zbiera się woda, bo wówczas byłby nie do przejścia. Według mapy szlak powinien skręcać gdzieś z powrotem w stronę szosy i w pierwszej chwili myślałam, że to może być już ten moment, kiedy przekraczałam wąwóz, ale to jednak było o wiele za wcześnie. Szłam więc ścieżką wzdłuż drugiego wąwozu, trochę na azymut, z tlącym się w głowie przekonaniem, że jestem po złej stronie jednak, ale zbocza były tu zdecydowanie za wysokie i zbyt strome, by je próbować teraz przekraczać. Moja ścieżka doprowadziła mnie do miejsca, gdzie wąwóz się spłycał i mogłam do niego już zejść. Od tej pory szłam już dnem wąwozu licząc, że jego układ doprowadzi mnie w kierunku, w którym chciałam zmierzać. Wiedziałam, że gdzieś tam, kilometr, może dwa dalej, na pewno zbiega się on ze szlakiem, który czai się na którymś drzewie i ze mnie podstępnie chichocze. Tak też było. Wkrótce napotkane cmentarzysko butelek i innych śmieci zasugerowało, że niedaleko jest już jakaś miejscowość, a chwilę potem rzeczywiście moja droga zeszła się ze ścieżką szlaku prowadzącego prosto do Tokar. Cieszyłam się, bo hordy komarów nie dawały mi żyć.

śmietnisko w lesie Tokary na Roztoczu

W Tokarach szlak znów połączył się z asfaltem i biegł tak prosto aż do Huty Turobińskiej. Tu, w miejscowym sklepie, postanowiłam zatrzymać się na chwilę i zakupić coś zimnego do picia, bo upał stawał się naprawdę nieznośny (nie wierzę, że to piszę!). Poprosiłam panią ekspedientkę czy mogę u niej doładować telefon i w rezultacie spędziłam u niej dłuższą chwilę na pogawędce o wszystkim i niczym. Wkrótce dołączyło do nas dwóch lokalnych dżentelmenów, którzy już o godzinie 13:00 byli „zrobieni”. Ale trzeba przyznać, że w swej pijackiej lekkości ducha starali się trzymać jakieś resztki fasonu wobec młodej, obcej kobiety. Na swój sposób byli nawet zabawni.

Po podładowaniu nieco telefonu, ruszyłam w dalszą drogę do Gródek, którego zaczynają się zaraz po drugiej stronie drogi numer 835.

tablica administracyjna Gródki na Roztoczu

Przeszedłszy przez wieś, zdecydowałam się jednak zagadnąć pewnych państwa siedzących przed domem czy by mi nie uzupełnili jednej z butelek z wodą, bo zwątpiłam czy przy tych temperaturach posiadana ilość mi wystarczy. Ja niby z natury nie piję dużo, jednak w panujących warunkach przekraczałam wszelkie swoje limity. Napełnili mi butelkę wodą bardzo chętnie, informując, że to jest woda od ich sąsiada, który ma źródło na swojej posesji i nawet otworzył sieć wodomatów w Szczebrzeszynie. Muszę przyznać, że woda ta była naprawdę pyszna! Proponowali też maliny i ogórki, ale podziękowałam. Gospodyni była też pod wrażeniem, że idę tak sama, standardowo zapytała czy się nie boję, bo ona to by się bała. Wymieniliśmy parę zdań, podziękowałam i poszłam w swoją stronę.

Jeszcze kawałek asfaltem i skręt w lewo w las. Znaki były i wydawały się nawet dość świeże. Oczywiście, zagapiłam się i zgubiłam na chwilę szlak, ale pomyślałam, że to niemożliwe, żeby takie ładne znaki miały się tak przykro nagle urwać. I rzeczywiście. Wróciłam kawałek do miejsca, gdzie widziałam niebieski pasek po raz ostatni i okazało się, że z rozpędu poszłam prosto, a powinnam odbić nieco w prawo w górę. Dalej nie było już żadnych problemów. Komary ani na chwilę nie odpuszczały i na odcinkach leśnych używałam kijków chyba częściej do opędzania się od nich niż do chodzenia.

Lasem, a następnie jego skrajem, doszłam do Gilowa.

maszt w okolicach Gilowa na Roztoczu

W Gilowie przeszłam kawałek wzdłuż szosy, a następnie szlak prowadził betonkami przez pola w lewo. Watahy małych krwiopijczych istot nawet tu nie zaprzestawały ataków. Minęłam wieżę widokową z wiatką, potem jeszcze ładny kawałek po betonkach, a następnie, gdy droga zaczynała schodzić w dół, skręt w lewo w las. Im więcej drzew, tym więcej komarów. Szlak co chwila meandrował, co chwila zmieniał kierunek, a ja szłam, opędzając się od chmur owadów. Droga dłużyła się niemiłosiernie, myślałam momentami, że już nigdy nie wyjdę z tego lasu. W końcu wyszłam na pola, zaraz potem na asfaltową drogę prowadzącą już do Radecznicy. Na skraju pola rzucały się w oczy białe, brzozowe krzyże. To cmentarz w Zaporzu, na granicy z Radecznicą, z czasów I Wojny Światowej, założony w 1915 roku, na którym spoczywają żołnierze rosyjscy i austriaccy.

betonowa droga z Gilowa do Radecznicy
niebieski szlak prowadzący przez wąwóz z Gilowa do Radecznicy na Roztoczu
krzyż na rozstaju dróg Roztocze
wieża widokowa i wiatka na drodze do Radecznicy Roztocze
białe krzyże cmentarza żółnierzy austrackich w Zaporzu

Byłam już bardzo zmęczona, fizycznie i psychicznie (komary!). Ponadto moje lekkie i wygodne buty okazały się nie być aż takie super i mimo już wcześniejszego rozchodzenia kilka razy po parędziesiąt kilometrów, czułam charakterystyczny ból stóp od tworzących się pęcherzy. Do tego słońce powoli chowało się za horyzontem, a jakiegoś dobrego miejsca na nocleg, nawet na dziko, w okolicy nie widziałam (na polach trwały akurat żniwa, za duży ruch wszędzie, żeby się rozbijać). Wiedziałam od pani ze sklepu w Hucie Turobińskiej, że niektórzy turyści nocują czasem u księży w miejscowym klasztorze, a zapytani dwaj mężczyźni po drodze potwierdzili, że jeśli jakiś nocleg w Radecznicy, to tylko u nich może. Przeszłam więc przez kawałek wsi i wspięłam się na wzgórze, na którym znajdował się Klasztor Św. Antoniego. Budynek zdawał się opuszczony, nie widziałam nikogo, a zaczynało się już robić ciemno. Domofon przy drzwiach nie działał, ale wypisano przy nim numery telefonów, na które można dzwonić i po którejś próbie udało mi się i ktoś odebrał słuchawkę. Na moje szczęście miejsce na nocleg się znalazło, mogłam sobie nawet wybrać łóżko w czteroosobowym pokoju. Wszystko jednak czego chciałam, to wziąć prysznic, zjeść resztki jedzenia, które wiozłam jeszcze z domu i pójść spać. Kiedy zostałam sama, zdjęłam buty i przystąpiłam do szacowania szkód. Większość pęcherzy wyglądała standardowo, niegroźnie – przebić, oczyścić, osuszyć i nie powinny stanowić problemów. Poza jednym, który podbiegł krwią, był sinofioletowy i nieciekawie się sączył. Oczyściłam, założyłam prowizoryczny opatrunek na noc i poszłam spać. Ale nie wyglądało to najlepiej.

Radecznica – Zwierzyniec (36,7 km – niezupełnie szlakiem…)

Wstałam jak zwykle wcześnie rano i przyjrzałam się swoim stopom, a zwłaszcza temu krwistemu pęcherzowi. Wyglądało to trochę lepiej, ale bolało dość mocno i raczej nie było co liczyć na rekordy prędkości na trasie. Zjadłam śniadanie złożone z dwóch ostatnich kabanosów i paru łyżek masła orzechowego, umyłam jeszcze włosy i wyruszyłam. Chciałam podziękować księżom za udzielony nocleg, ale wszyscy chyba byli zajęci przygotowaniami do porannej mszy i nikogo nie widziałam. Opuściłam więc teren klasztoru, zrobiwszy mu uprzednio zdjęcie w porannym słońcu i skierowałam się w stronę następnej miejscowości – Mokrelipie. Tam zatrzymałam się na chwilkę, żeby zrobić zdjęcie kościoła (chciałam zrobić lepsze, ale zaczepił mnie jakiś lokalny gawędziarz i chciałam się szybko ulotnić) i czym prędzej poczłapałam dalej asfaltem do kolejnej wsi – Sąsiadki.

klasztor św. Antoniego w Radecznicy Roztocze
Mokrelipie klasztor za drzewami

W Sąsiadce było zorganizowane miejsce do odpoczynku, zadaszone, z ławami i stolikami oraz z kranem z pitną wodą obok. Zatrzymałam się więc na trochę dłużej, żeby dać moim obolałym stopom odetchnąć nieco i przyjrzeć się grodzisku Sutiejsk, które się tu niegdyś znajdowało i było jednym z ważniejszych Grodów Czerwieńskich.

Gród Czerwieński Sutiejsk w Sąsiadce na Roztoczu
Sutiejsk jeden z Grodów Czerwieńskich

Prognozy pogody niby nie zapowiadały opadów deszczu na ten dzień, ale wiszące nisko ciemne chmury jakoś nie napawały optymizmem. Do tego z powodu bolących pęcherzy, nawet obklejonych i zabezpieczonych plastrami żelowymi i innymi, wlokłam się po prostu strasznie. Pomyślałam, że może rozsądniej byłoby dojść dziś do Kawęczynka i skrócić całą trasę jedynie do Bełżca, zwłaszcza, że przed wyjazdem nie udało mi się nabyć odpowiedniej mapy ostatniego odcinka szlaku (miałam nadzieję dostać coś ewentualnie w Zwierzyńcu może), a po dotychczasowych doświadczeniach bez mapy wolałam nie ryzykować.

Poszłam pod górkę wąską, asfaltową drogą, która następnie przeszła w leśną. Znaki były całkiem dobre aż do momentu wyjścia z lasu na pole – tu, mam wrażenie, trochę się nie zrozumieliśmy, co oczywiście skutkowało bonusowymi kilometrami dla mnie. Znak mianowicie był wymalowany strzałką, czyli jakby sugerował skręt w lewo, ale oznakowanie było zorientowane bardziej wzdłuż drogi niż w poprzek. Skręciłam w tym miejscu w lewo i przeszłam z dobry kilometr wzdłuż pól, zanim się zorientowałam, że to jednak nie tędy droga. Powinnam chyba pójść w tamtym miejscu prosto – krótszym bokiem pola i gdzieś tam mogło być na powrót wejście w las. Tymczasem wylądowałam w Rozłopach i nie chcąc się cofać pośród – a jakże – hord komarów, postanowiłam wrócić na szlak drogą najpierw do szosy numer 74, a następnie na zachód do zakrętu, gdzie szlak idzie kawałek wzdłuż tej szosy. Oznaczało to dodatkowe ze 3 kilometry, co – biorąc pod uwagę i straszną duchotę (mimo chmur był jednak nadal upał i klejąca duchota) – nie było niczym przyjemnym.

Znalazłam znowu szlak i poszłam z nim dalej wzdłuż drogi numer 74, co nie było miłym doświadczeniem, ponieważ ruch był tu spory i samochody gnały jak oszalałe, często nawet nie zwalniając, gdy mnie mijały. Na szczęście niedługo potem szlak znów odbijał w lewo w pola. Tu zobaczyłam pierwszy od początku mojej wędrówki drogowskaz.

oznakowanie szlaku do Kawęczynka

Na odcinku do Kawęczynka szlak był dobrze oznakowany i choć momentami przypominało to zabawę w chowanego, jak na poniższym zdjęciu, to jednak przeważnie zaraz gdzieś obok znaki były wymalowane o wiele wyraźniej. Niebieskie znaki prowadziły tutaj razem ze szlakami rowerowymi, które w ogóle są zdecydowanie lepiej oznaczone w tej okolicy.

niebieski szlak ukryty w liściach drzew

Droga wiodła na przemian trochę przez pola, trochę lasy. Do samego Kawęczynka szło się sprawnie i bez problemów (w moim przypadku: człapało się).

tablica informacyjna ścieżka przyrodniczo-historyczna szczebrzeszyn kawęczynek roztocze
oznakowanie szlaku do Kawęczynka 3 km
kręta droga przez las
kwiaty przy płocie Kawęczynek
maliny i groszki w Kawęczynku
drogowskaz do Zwierzyńca

Przeszłam już 19 kilometrów i nie byłam jeszcze może jakoś bardzo zmęczona ani też nie było wcale późno, ale pomyślałam, że ze względu na nogi lepiej byłoby nie szarżować dzisiaj i poszukać jakiegoś noclegu, a do Zwierzyńca udać się następnego dnia. W Kawęczynku jest wprawdzie nawet jakiś pensjonat, ale nie było wolnych miejsc (nadal nie mogłam się przemóc, żeby nocować na dziko w lesie…). Posiedziałam chwilę na trawie i pomyślałam: no trudno, te 17 kilometrów do Zwierzyńca to chyba jeszcze dam radę, a w razie czego podobno w Lipowcu jest jakieś pole namiotowe. Poszłam więc dalej.

I tu niestety zaczął się drobny koszmar – droga szła raz lasem, raz polami. W międzyczasie wyszło słońce i prażyło naprawdę ostro. Miałam sporo wody, ale odwadniałam się w tempie błyskawicznym i tak samo piłam więcej niż kiedykolwiek, w związku z czym moją głowę w dużej mierze zajmowała niepokojąca myśl „czy starczy mi wody?”. Na swoje nieszczęście też, wraz ze zmęczeniem, spadała moja koncentracja i zaczynałam iść po prostu jak prowadzi droga patrząc pod stopy, zamiast szukać znaków. Tym samym – jak wywnioskowałam później – musiałam ominąć miejsce, w którym szlak odbijał nieco w prawo i poszłam drogą, która przez spory kawałek biegła w miarę równolegle do szlaku, ale nieco na południe od niego. Zdziwiło mnie wprawdzie, że tak długo nie widzę żadnych znaków, bo choć z moimi niebieskimi to bywało różnie, ale na tym odcinku biegł też szlak rowerowy, a te są pooznaczane tu bardzo dobrze. Sprawdziłam kontrolnie z Google Maps i wychodziło mi, że jestem na dobrej wysokości i kierunek się zgadza. W końcu trafiłam na niebieskie znaki w postaci strzałek, które pokazywały skręt w prawo – znów się zdziwiłam, bo wydawało mi się, że powinny skręcać w drugą stronę, ale ze zmęczenia nie przeanalizowałam tego zbyt dokładnie, byłam dosłownie już padnięta, a poza tym ile to razy zdarza się, że szlak skręca jakoś dziwnie, by 100 metrów dalej wracać na prawidłowe tory? Dalej znaki już widziałam i szłam według nich nieświadoma jeszcze, że… wracam do punktu wyjścia, czyli miejsca, gdzie szlak wchodził w pola z drogi pomiędzy Kawęczynkiem a Topólczą!… Musiałam 3 razy nakazać wirutalnej mapie zlokalizowanie mnie zanim dotarło do mnie, co się stało. Przez nieuwagę zrobiłam pętlę na dobre 7-8 kilometrów! Powinnam być już przy rozejściu dróg na Zwierzyniec i Lipowiec, a byłam z powrotem w Kawęczynku! W miejscu, gdzie po długiej przerwie trafiłam w końcu na znaki nakazujące skręt – powinnam była skręcić w drugą stronę! Te strzałki były namalowane dla osób idących od mojej lewej wówczas strony, a ja je błędnie zinterpretowałam… Przyznaję, że to mnie wtedy załamało i przesądziło o zakończeniu wędrówki w Zwierzyńcu. Wprawdzie jeszcze rozważałam zrobienie dnia przerwy, odpoczynku i żeby potem dojść jeszcze do Bełżca, ale raz – okazywało się, że niekoniecznie w tygodniu jeździ tam jakiś pociąg (wyszukiwarka PKP znajdowała połączenie dopiero na weekend), a dwa – byłam wykończona, odwodniona (mimo naprawdę dużej ilości wody), psychicznie zmaltretowana przez komary (i w okolicy Kawęczynka również tzw. końskie muchy lub bąki bydlęce), no i jeszcze ten sączący się pęcherz, który bolał…

Usiałam chwilę na trawie w skrawku cienia, jaki znalazłam. Ostatecznie, jako że w Kawęczynku nie było szans na nocleg poza namiotem w lesie, postanowiłam dowlec się jednak do Zwierzyńca przez Topólczę, Turzyniec i Wywłoczkę asfaltem. To jednak było jakieś 5-6 kilometrów, na 17 nie miałam już tego dnia siły, a i było na to zdecydowanie zbyt późno (na pewno nie z moim tempem).

drewniany kościółek
Zwierzyniec rzeka

Dowlokłam się do Zwierzyńca kiedy już powoli zapadał wieczór. Zmarnowana fizycznie, ale i psychicznie. Nie czułam się na siłach wlec się aż do pola namiotowego i jeszcze rozkładać namiotu. Mijałam po drodze różne obiekty noclegowe, ale w żadnym nie było miejsc. Zapytany po drodze o możliwości przenocowania gdzieś spacerujący pan z psem, podpowiedział mi kilka lokalizacji w najbliższej okolicy kilku ulic (wszystkie były zajęte) oraz pensjonat Telimena nieco dalej. Ostatecznie zakotwiczyłam właśnie w Telimenie, gdzie w tamtejszej restauracji zjadłam pierwszy od kilku dni obiad.

obiad w Telimenie Zwierzyniec

Miałam szczęście – udało mi się upolować ostatni pokój i to tylko na tę jedną noc (pan, który pytał o pokój po mnie, kiedy już siedziałam w części restauracyjnej konsumując swój obiad, nie miał go już tyle). Wieczór spędziłam na szukaniu jakichś rozsądnych połączeń kolejowych do domu…

Zwierzyniec

Obudziłam się jak zwykle wcześnie, ale tym razem nie miałam już żadnych planów poza zdążeniem na pociąg przed 15:00. Nie spieszyłam się. Cieszyłam się, że jednak nie zdecydowałam się rozbijać namiotu, bo w nocy padało i musiałabym zwijać mokre szmaty. Rano również lało, ogarnęłam się więc i leżałam sobie na łóżku przeglądając internet. Do 11:00 miałam czas na opuszczenie pokoju, do południa prognozy zapowiadały deszcz. Ostatecznie jakoś po godzinie 10:00 zwlokłam się na dół do restauracji oddać klucz i zjeść jakieś śniadanie. Pyszne cappuccino wraz z naleśnikami z serem i jagodami stanowiło doskonałe połączenie. Kontemplowałam swój posiłek i kawę przez prawie godzinę, kiedy to opady zaczynały nieco słabnąć. Naciągnęłam pokrowiec przeciwdeszczowy na swój plecak i ruszyłam w stronę Kościoła Na Wodzie, który chciałam zobaczyć. Po drodze spotkałam swojego kapryśnego towarzysza wędrówki – niebieski szlak 🙂

Kościół na wodzie staw i fontanna Zwierzyniec
Kościół na wodzie widok od strony stawu Zwierzyniec
ja z plecakiem przed Kościołem na Wodzie Zwierzyniec
wnętrze Kościoła na Wodzie Zwierzyniec

Przed Kościołem siedziały dwie dziewczyny malujące tenże, z których jedną poprosiłam o zrobienie mi zdjęcia. Poleciła mi ona spacer Roztoczańskim Parkiem Narodowym do Stawów Echo, które znajdowały się nieopodal. Nie miałam żadnych planów zwiedzania Zwierzyńca, postanowiłam więc skorzystać z propozycji. Po drodze, zaraz niedaleko Kościoła, minęłam jeszcze zwierzyniecki Browar, na którego dziedzińcu odbywa się co roku festiwal Letnia Akademia Filmowa. Same zaś Stawy i w ogóle spacer pośród zieleni Parkiem Narodowym były doskonałą opcją dla kogoś, kto niekoniecznie lubi zwiedzać zabytki, za to lubi ładne widoki i w ogóle przyrodę.

dziedziniec Browaru w Zwierzyńcu
Stawy Echo w Zwierzyńcu
Stawy Echo Roztoczański Park Narodowy Zwierzyniec
erozja glebowa korzenie drzewa
zieleń w Roztoczańskim Parku Narodowym
ja idąca przez Roztoczański Park Narodowy
Roztoczański Park Narodowy
przejście kołowrotek
tablica Roztoczański Park Narodowy
mostek w ogrodach wodnych Zwierzyniec
ławeczki naprzeciwko siebie
konik polski Zwierzyniec

Został mi już tylko krótki spacer na dworzec z drobnym posiłkiem po drodze. Świetlne śnieżynki zamontowane na latarniach zdawały się niemal surrealistyczne w tych letnich, upalnych okolicznościach. Ale na Boże Narodzenie będą jak znalazł. Na pociąg odprowadził mnie ponownie mój niebieski szlak w towarzystwie kolegów. Roztoczańska przygoda dobiegła (tym razem) końca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *