Gdzie ludzie żyją w jaskiniach

krajobraz w okolicach Coober Pedy Australia

XXI wiek! Jeden z bardziej rozwiniętych krajów świata. I ludzie tam żyją w jaskiniach! Takich prawdziwych jaskiniach, wykutych w skałach! Czujesz to? I wcale nie chodzi o żadne slumsy ani o jakichś pokręconych hipisów. Co więcej – to miejsce to prawdziwa żyła…

Nie wszystko złoto, co się świeci

O gorączce złota w Australii już było. Czas na inne świecidełka.

Mowa o opalu, który jest oficjalnym kamieniem szlachetnym Australii. Kraina Kangurów słynie z najpiękniejszych i największych okazów. Na terenach pustynnych, zwłaszcza w Południowej Australii, Nowej Południowej Walii i Queensland jest kilka głównych regionów, w których są one wydobywane.

Skąd się tam wzięły? Opale powstają w skałach w wyniku działania wody, wysokiej temperatury i dużego ciśnienia. Czyli na przykład w okolicach gejzerów. Albo w wyniku procesów wulkanicznych. Gdzieś, gdzie mogło być baaaardzo gorąco, skały ścierały się ze sobą, naciskając z olbrzymią siłą, a pośród tego wszystkiego uwięziona była woda. Opale można znaleźć nie tylko w Australii, ale to właśnie tam jest wydobywane około 90% wszystkich tych kamieni na świecie.

żyłka opali w skale muzeum w Coober Pedy
Zdjęcie niestety słabe, ale wierzę, że dasz radę dostrzec błękitne żyłki opali 🙂

Podziemne miasto pośrodku niczego

Tak można by opisać Coober Pedy, do którego przyjechaliśmy tutaj słynną Stuart Highway, przecinającą kontynent australijski z północy na południe (albo odwrotnie, jak kto woli), prosto z Kings Canyon, który z kolei jest po drodze kompletnie do niczego, ale równie bardzo warto zjechać z drogi i tam zawinąć.

Jechaliśmy przez australijski pustynny outback pośród piekielnego upału i kurzu, wychwalając pod niebiosa człowieka, który wymyślił klimatyzację w samochodach. Do dziś nie wiem kto to był. Bezimienny bohater milionów ludzi na świecie.

australijskie poczucie humoru
– Sorry stary! – Zdarza się, wiesz. Spoko! Mentalność Australijczyków w jednym obrazku! 🙂

Wszystko zaczęło się tutaj od opali. A raczej od momentu kiedy znalazł je tutaj biały człowiek i zaczął je wydobywać. Lokalne plemiona Aborygenów znały oczywiście te połyskliwe kamyki, ale nie dopatrywały się w nich żadnej istotnej wartości. Ot, były ładne. W 1915 roku pewien nastolatek, syn wydobywcy złota, odkrył tu przypadkiem obecność opali, ale tak naprawdę masowy ruch wydobywczy zaczął się tutaj dopiero po pierwszej, a potem po drugiej Wojnie Światowej, kiedy byli żołnierze z różnych stron napływali na te tereny, aby zająć się górnictwem. Temu też Coober Pedy zawdzięcza swoją nietypową nazwę – pochodzi ona od aborygeńskiego określenia „kupa piti”, oznaczającego białego człowieka w dziurze.

Obecnie około 70% całego światowego wydobycia opali wywodzi się właśnie stąd. Co ciekawe, szyby górnicze muszą tutaj mieścić się w określonych normach wielkościowych i może być tylko jeden na osobę. Wydobyciem drogocennych kamieni zajmują się pojedynczy górnicy, nie wielkie firmy wydobywcze. Podobno żyją tu ludzie z ponad 40 różnych narodowości, wśród z nich wielu pochodzących ze środkowej i wschodniej Europy.

tablica informacyjna na jednym z miejsc postojowych na pustyni
Tereny pustynne to ziemie należące do Aborygenów. Na zdjęciu: tablica informacyjna w punkcie widokowym Breakaways, informująca o tym, czego prosi się nie robić. Nie należy zjeżdżać z głównych dróg, nie wolno zabierać ze sobą skał i gleby, nie można wdrapywać się na wzgórza i chodzić nieoznakowanymi ścieżkami. Tego typu rzeczy są regulowane australijskim prawem i za złamanie tych zakazów można dostać mandat nawet do wysokości 50.000 dolarów australijskich czy 6 miesięcy więzienia.

Ale dlaczego ludzie tutaj śpią pod ziemią?

Z prostego powodu – bywa tutaj naprawdę piekielnie gorąco. Zwłaszcza latem kiedy temperatura powietrza osiąga 50 stopni C. W cieniu! Pod warunkiem, że znajdzie się tu jakiś cień…

Zaczęło się właśnie od szybów kopalnianych. Górnicy drążyli tunele w skałach i szybko doszli do wniosku, że to całkiem rozsądne miejsce, by zamieszkać. Tu się poszerzy na salon lub sypialnię, tam dorobi jakąś wnękę na półkę z książkami, parę drobniejszych szybów wentylacyjnych, żeby zapewnić dopływ świeżego powietrza… I kiedy temperatury na zewnątrz wahają się w zawrotnych granicach od poniżej zera do powyżej 50 stopni w ciągu roku, w podziemnych mieszkaniach jest ona względnie stała i wynosi około 18 stopni.

W ten sposób powstały tu nie tylko górnicze mieszkania, ale również hotele, hostele, restauracje, a nawet kościół czy muzeum (co akurat wydaje się w tym wszystkim normalne). Nie jestem pewna, ale możliwe, że jedynymi obiektami w pełni naziemnymi mogłyby się tu okazać… pola golfowe! Tak, w Coober Pedy znajdują się pola golfowe, ale jeśli komuś na myśl przychodzą porośnięte równo przystrzyżoną trawką delikatne wzgórza, to proszę natychmiast porzucić tę wizję! Trawy tutaj nie ma, bo żadna normalna trawa w tych warunkach nie wyrośnie. Gra się na żwirowej glebie. Zwykle w nocy, bo w dzień jest za gorąco. Świecącymi piłeczkami!

Nie mam niestety zdjęć ze zwykłych mieszkań ludzi tu żyjących, ale w miejscowym muzeum i centrum kultury można podpatrzeć jak to mniej więcej wyglądało.

Pustka w pustce

Samo miasteczko Coober Pedy można by pewnie obejść w piętnaście minut. No, może dwadzieścia, jeśli uwzględnić robienie zdjęć. Poza lokalnym muzeum górnictwa, właściwie nie ma tu wielu ciekawych obiektów. Sama idea podziemnego miasta jest wprawdzie intrygująca, ale można zaryzykować tezę, że wszystko, co interesujące w Coober Pedy, znajduje się… poza nim.

Do takich właśnie rzeczy można zaliczyć malowaną pustynię (the painted desert) – The Breakaways. To niesamowity pod względem geologicznym, a przede wszystkim kolorystycznym, kawałek ziemi, który znajduje się 33 km na północ od samego miasta.

wzgórza w okolicach Coober Pedy Australia
krajobraz pustyni w okolicach Coober Pedy

Podobnie jest z Księżycową Równiną (Moon Plains), której nie trzeba opisywać, bo nazwa mówi sama za siebie. Podobno nakręcono tu kilka filmów, ale kinematografia nie jest moją mocną stroną.

postój busem na środku pustyni

W okolicach Coober Pedy przebiega również… najdłuższe ogrodzenie chroniące przed psami na świecie! Taka atrakcja! Ogrodzenie to prowadzi przez stan Queensland, Nową Południową Walię i Południową Australię i służy ochronie stad owiec przez psami Dingo. Ma ponad 5.600 km!

Trzy rzeczy, które musisz zrobić w Coober Pedy

Poza spędzeniem nocy w którejś z tutejszych jaskiń, oczywiście.

Rzecz pierwsza – sfotografować blower trucka, stojącego przy wjeździe do miasta i będącego jego symbolem:

symbol coober pedy

Nie mam pojęcia jak przetłumaczyć nazwę blower truck na język polski, ale pewnie to się jakoś po naszemu nazywa. Jest to specjalnie przystosowany samochód, który wciąga do środka glebę, przez zamocowany bęben odsiewa różne jej frakcje i generalnie bardzo kurzy. Dziwnie wygląda, ale najwyraźniej działa.

blower truck w Coober Pedy Australia

Rzecz druga – tak trochę bardziej na obrzeżach miasteczka można znaleźć usypane kopce gruzu. Leżą sobie ot tak i można się w nich pobawić w poszukiwaczy opali. Przebieranie łapkami w kupie gruzu w 40-kilkustopniowym upale może nie brzmi jakoś wybitnie zachęcająco, ale jaka to jest dzika radość jak się coś znajdzie! A naprawdę można. Sama znalazłam mały kawałek skały z uwięzioną w niej błękitną nitką. Była po prostu prześliczna. Przywiozłam nawet ten kamyk do Polski. Niestety, w nieznanych okolicznościach gdzieś mi potem zaginął i nie mogę go już Tobie dziś pokazać.

Rzecz trzecia – odwiedzić Terry’ego i Joe w lokalnej Josephine’s Gallery. Koniecznie. Możesz darować sobie grzebanie w pylistym gruzie, ale to naprawdę musisz zrobić. Co to jest za miejsce? Ano taka galeria-sklep z lokalnymi wyrobami rękodzielniczymi. Można przyjść, kupić jakąś pamiątkę albo prezent dla kogoś. Ale to nie jest taki sobie zwykły sklepik z pamiątkami z wakacji. Poza tym jest jeszcze… sierocińcem dla kangurów.

kangur w Josephines Gallery w Coober Pedy Australia
kangur w azylu Josephines Gallery w Coober Pedy

Terry i Joe są małżeństwem i prowadzą ten sierociniec już od wielu lat. Znają ich wszyscy w okolicy, wszyscy przewodnicy, którzy przywożą im każdą swoją wycieczkę, wielu kierowców, którzy stale przemierzają okoliczne trasy, a dzięki przewodnikom i social mediom zna ich wiele osób na całym świecie. I są pod wielkim wrażeniem tego, co robią. A po prostu ratują często życie kangurom (i nie tylko), bowiem zdarza się, że taki kangur zostanie np. potrącony przez ciężarówkę. Zwłaszcza w nocy. I albo ginie, albo ma szczęście nie ucierpieć tak bardzo i móc zostać wyleczonym. Często jednak giną. Zdarza się, że kangur okazuje się być kangurzycą, która ma w torbie młode, które przeżyło. Wtedy każdy w okolicy wie, gdzie należy się udać – do Josephine’s Gallery, do Terry’ego i Joe.

To jest naprawdę niesamowite, co oni robią. Co więcej, utrzymują tę działalność głównie z datków, nie wiem jak teraz, ale te ileś lat temu, nie mieli żadnego wsparcia rządowego czy coś. Tylko to, co kupią u nich ludzie, co im zostawią albo wpłacą jako darowiznę. Co im pomogą jako wolontariusze albo po prostu wyświadczą przysługę jako przyjaciele. Nie wiem czy byliby w stanie policzyć ile kangurzych istnień uratowali. Może i tak, bo u nich każdy jeden ma swoje imię i swoją historię. Większość nie trafi już z powrotem do natury, nie miałyby szans się tam odnaleźć. Trafiają jako oswojone z człowiekiem do różnych zwierzęcych azyli albo ogrodów zoologicznych w Australii, gdzie mają dobre życie. Terry i Joe o to dbają.

A Ty, kiedy do nich wpadniesz, możesz poznać ich kangury, nakarmić je mieszanką kukurydzy, jakichś orzechów i wasabi (uwielbiają wasabi, prychają po nim jak szalone, po czym niuchają czy masz jeszcze!), posłuchać ich historii, a może kupić coś z ręcznie robionej biżuterii, może coś z wyrobów aborygeńskich, możesz po prostu zostawić im choć parę dolarów na ich działalność, a przede wszystkim – możesz opowiedzieć światu, że gdzieś tam daleko żyją tacy wspaniali ludzie 🙂

Teraz uważaj, bo zaraz ilość słodkości może Ci podbić poziom cukru we krwi 🙂

Kiedy tam byłam furorę robiła pewna mała kangurzyca. Kangurze dziecko, jeszcze z łysymi plackami za uszami (kangurom sierść najpóźniej rośnie za uszami właśnie). Urocze stworzenie, które jeszcze nie umiało dobrze skakać i jej się trochę nóżki plątały 😉 Zresztą, zobacz sama:

małe kangurze dziecko w sierocińcu dla kangurów Josephine Gallery w Coober Pedy
brak sierści za uszami u małego kangurka

Jak zapakować kangura do torby? Nic prostszego, wystarczy kawałek zszytego materiału – pokazać i już wie, co robić 🙂 (na zdjęciu również Terry)

A potem już tylko butla i do spania 🙂

mały kangurek pijący mleko z butelki Josephines Gallery Coober Pedy

Nie wiem jak Tobie, ale mi na taki widok już po prostu brakuje słów 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *