Góry Grampians i Great Ocean Road – część pierwsza

panorama Gór Grampian Australia

Nasz niedawny wypad nad Morze Bałtyckie i plan przejścia piechotą wzdłuż wybrzeża od początku kojarzył mi się właśnie ze wspomnieniami z Great Ocean Road w Australii. Wprawdzie zupełnie nie ta skala, nie ten klimat, morze zamiast oceanu i jakby tak wymieniać, to mogłoby się okazać, że jedynym punktem wspólnym jest droga wzdłuż wybrzeża 😉 , ale i tak nie mogłam powstrzymać myśli przed uciekaniem w tym kierunku. A ponieważ okoliczności pogodowe temu sprzyjają (jest pochmurno, dość chłodno i ostatnio sporo pada – taki tam lipiec w Polsce), to nie ma co, ucieczka, choćby myślami, do ciepłej, pięknej Australii jest w pełni usprawiedliwiona.

Przejazd wzdłuż Great Ocean Road był kontynuacją mojej podróży przez Australię po tym, jak przemierzyłam pustynię słynnym pociągiem The Ghan, spędziłam kilka dni w Alice Springs i okolicach, a następnie, tym razem samochodem, udałam się w drogę powrotną przez pustynię (o tym też jeszcze kiedyś napiszę) do stolicy stanu Południowa Australia, do Adelaide, co do której do dziś żałuję, że potraktowałam ją tak marginalnie i nie zostawiłam sobie na nią więcej czasu. Może jeszcze będzie mi dane to nadrobić…

Tymczasem już następnego dnia po 6-ściodniowym powrocie z Alice Springs całkiem skoroświt trzeba było wstać, bo już przed hostelem czekał kolejny busik z sympatycznym pilotem-przewodnikiem, który miał nas zabrać w podróż przez góry, a następnie wzdłuż oceanu aż do samego Melbourne. To był zresztą mój podstawowy sposób poruszania się po australijskim outbacku na tamtą chwilę – zorganizowane przejazdy z przewodnikiem, w niewielkiej grupie ludzi, na danej trasie. W związku z czym byłam nieco ograniczona zarówno co do samej trasy, jak i terminów. Ale ponieważ podróżowałam sama, a kierowca ze mnie żaden, wizja wypożyczenia samochodu, żeby samotnie przejechać pół Australii, nie wchodziła w ogóle w grę. Tak było łatwiej, a i jestem przekonana, że zobaczyłam dzięki temu więcej.

Góry Grampians na horyzoncie

Góry wodospadów

Do Parku Narodowego Gór Grampians jedzie się z Adelaide około 5 godzin, opuszczając przy tym stan Południowa Australia i witając się ze stanem Victoria. Wyruszyliśmy więc bardzo wcześnie nad ranem, żeby jeszcze przed południem ujrzeć pierwsze wierzchołki na horyzoncie.

Góry Grampians są częścią większej całości tj. Wielkich Gór Wododziałowych, których pasma biegną od Cieśniny Bassa na południu Australii do półwyspu Jork na północy i dzielą kontynent na dwie cześci – po ich zachodniej stronie rzeki wpadają do Oceanu Indyjskiego, po wschodniej – do Pacyfiku. The Grampians nie są górami wysokimi – ich najwyższy szczyt, Mount William, ma jedynie 1167 m n.p.m., ale cechuje je bardzo urozmaicona rzeźba terenu, liczne wodospady, urwiska skalne, wyrzeźbione przez rzeki doliny i wąwozy. Dodatkowo bogactwo tamtejszej fauny i flory sprawia, że taki niespełniony biologo-geolog jak ja, czuje się tam cudownie 😉

wodospad w Górach Grampian Australia
Góry Grampian wodospad Australia
wodospad MacKenzie Góry Grampian Australia

W górach Grampians spędziliśmy resztę dnia, podziwiając słynny wodospad MacKenzie i przepiękne panoramy. Ja dodatkowo jeszcze polując z obiektywem na jaszczurki i co się tylko dało 😉

Kangury i… jaszczurki o niebieskich językach – to musi być Australia!

Przenocowaliśmy w Halls Gap, głównym ośrodku turystycznym w tej okolicy. Miasteczko jest niewielkie i kiedy dojechaliśmy tam wieczorem, sprawiało wrażenie raczej spokojnego. Gdy udaliśmy się na wieczorny spacer po okolicy, trafiliśmy na stadko pasących się kangurów, w tym sporo matek z młodymi 🙂

pasące się pod lasem kangury Halls Gap Góry Grampian Australia
kangurzyca z młodym kangurkiem w torbie Halls Gap Góry Grampian Australia

Widziałam też kukaburę chichotliwą, ale ze względu na sporą odległość i kiepskie światło, gdyż już powoli zmierzchało, nie udało mi się jej zrobić (podobnie jak kangurom powyżej) sensownego zdjęcia. Ale zawsze coś 🙂

kokabura chichotliwa siedząca na drucie wysokiego napięcia Halls Gap Góry Grampian Australia

Poza tymi, egzotycznymi dla nas, gatunkami, spotkaliśmy jeszcze zwykłe sarenki, ale – w przeciwieństwie do kangurów – uciekały tak szybko, że o zdjęciu można było jedynie pomarzyć.

Park Narodowy Gór Grampians był tym miejscem, w którym naoglądałam się chyba najwięcej kangurów z całego mojego pobytu w Australii. Wcale się więc nie zdziwiliśmy, kiedy ruszając o poranku następnego dnia, napotkaliśmy na nie znowu.

kangur na łące o poranku Halls Gap Góry Grampian Australia

Kolejny dzień rozpoczęliśmy od niedługiego spaceru po górach. Na dzień dobry przywitało nas, siedzące wysoko w gałęziach drzewa, rozkrzyczane stado kakadu sinookich. Chwilę potem napotkaliśmy na Bluetongue Lizard, czyli tilikwę scynkową – jaszczurkę o charakterystycznym, niebieskim języku.

kakadu sinookie w gałęziach drzew Góry Grampians Australia
blutongue lizard Góry Grampian Australia

Gdy weszliśmy wyżej, mogliśmy raz jeszcze podziwiać przepiękną panoramę gór. Czystą przyjemność sprawiało wędrowanie pośród skałek i oglądanie tych cudów natury.

panorama Gór Grampian Australia
scynka pośród skał Góry Grampian Australia
Góry Grampians panorama
górski potok w Gorach Grampians Australia
rzeka panorama Góry Grampians Australia
blutongue niebieskojęzyczna jaszczurka Góry Grampians Australia

Słońce coraz to wyżej wspinało się po niebie i czas był powoli żegnać się z Grampianami, by skierować się dalej na południe, w stronę słynnej The Great Ocean Road, czyli drogi stanowej numer B100.

Na drugim końcu świata spełniają się marzenia

Wiele z tego, co widziałam w Australii i bardzo chciałam zobaczyć, to rzeczy, o których kiedyś dawno temu uczyłam się z podręcznika do geografii w podstawówce albo oglądałam jakiś film przyrodniczy, najczęściej czytany przez Krystynę Czubównę i marzyłam, że może, może kiedyś… Lista była oczywiście bardzo długa i nie było możliwości, aby zobaczyć z niej wszystko, ale marzyło mi się zobaczyć na żywo fajerwerki nad Operą w Sydney w Sylwestra, koale, emu, trawę spinifex, wombata, diabła tasmańskiego, jaszczurkę zwaną Thorny Devil, a po naszemu – molocha straszliwego, pustynię, oczywiście Uluru, Great Ocean Road z Dwunastoma Apostołami… I mówię Wam, to niesamowite uczucie, kiedy wreszcie widzicie to, o czym czytaliście albo co oglądaliście w telewizji jako dzieci. Coś, co wydawało się tak egzotyczne, dalekie, wręcz nieosiągalne. Na drugim końcu świata! A teraz na to patrzycie i… bywa różnie, bo czasem towarzyszy temu rozczarowanie, czasem zachwyt, ale mimo wszystko chyba zawsze też lekka nutka sentymentu.

I oto jechałam busem prowadzonym przez naszego pilota w stronę spełniającego się kolejnego marzenia.

Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w parku na lunch, który przygotowywaliśmy sami korzystając z parkowej infrastruktury. To jest kolejna rzecz, która mi się bardzo spodobała. Coś, co jest nieodzowną częścią australijskiego życia – barbecue, czyli po naszemu grill. Jest to doskonała forma spędzania czasu z przyjaciółmi, na świeżym powietrzu, przy udziale dobrego jedzenia i najczęściej alkoholu. Nie trzeba mieć nawet swojego sprzętu – w wielu parkach chociażby znajdują się takie ogólnodostępne grille, niekoniecznie w postaci kratek, często raczej jako blachy podgrzewane elektrycznie i może z tego korzystać każdy, ile ma ochotę, ważne tylko, by potem po sobie posprzątać. Super sprawa! U nas czasem umawiamy się ze znajomymi na ognisko nad jeziorem, ale myślę, że takie grillowe stanowiska w parkach też mogłyby się świetnie sprawdzić.

Kiedy tak sobie siedzieliśmy i spożywaliśmy nasz lunch, nieoczekiwanie pojawiły się w parku… emu! Kolejne marzenie się spełniło! Widziałam raz już emu, kiedy jechałam pociągiem przez pustynię, ale raz, że z pociągu, a dwa – były dość daleko. Tutaj spacerowały tak blisko, że zaczęliśmy się ich trochę obawiać. Na szczęście nasz posiłek wcale ich nie interesował i po chwili poszły w swoją stronę.

emu w parku
emu w parku idące na wprost

Chwilę później ktoś wypatrzył na drzewie koalę. To był pierwszy koala, którego widziałam w Australii. Kolejne marzenie spełnione! Czy można w takich okolicznościach nie być szczęśliwym? 🙂 Koala oczywiście spał i nic sobie nie robił z natychmiastowego zlotu gromady reporterów z aparatami wszelkiej maści 😉

koala na drzewie w parku

Udaliśmy się jeszcze na krótki spacer w okolicach parku, ale nie udało nam się wypatrzyć więcej koali w tej okolicy. Dotarliśmy nad niewielki stawek, po czym wróciliśmy do naszego busa – wszak przed nami jeszcze długa droga.

stawek w parku Australia

W końcu dojechaliśmy do Warrnambool, a następnie do Allansford, gdzie Wielka Droga Oceaniczna ma swój początek. Odtąd mieliśmy się trzymać wybrzeża, co i rusz zachwycając się kolejnymi spektakularnymi widokami, aż po Torquay, za którym Great Ocean Road się kończy. Potem już tylko rzut beretem do Geelong i Melbourne.

Już pierwszy przystanek w Bay of Islands zapowiadał czekające nas cuda….

bay of islands skały Great Ocean Road Australia
skały w Bay of Islands Great Ocean Road Australia
formacje skalne ostańce w oceanie Bay of Islands Great Ocean Road Australia
Bay of Islands Great Ocean Road Australia
skała wyglądająca jak statek Bay of Islands Great Ocean Road Australia
wybrzeże Bay of Islands Great Ocean Road Australia
tablica informacyjna w Bay of Islands Great Ocean Road Australia

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *