Góry Sowie w 3 dni

Góry Sowie w zimowej odsłonie

Pomysł zdobycia Korony Gór Polski, o którym napomknęłam ledwie tutaj, pojawił się w mojej głowie jeszcze w zeszłym roku. Zamówiłam nawet dla nas książeczki Klubu Zdobywców KGP, żebyśmy mogli w nich zbierać pieczątki i może kiedyś zostać oficjalnymi Zdobywcami.

Na pierwszy ogień poszły Góry Sowie. Przyznaję, że częściowo dlatego, że to niskie góry, nie wymagające wcześniejszego przygotowania, sprzętu ani nic, takie w sam raz na początek, po laaaatach nie bycia w górach i… w dużej mierze dlatego, że Krzysiek nie był za bardzo przekonany do brania urlopu w tym terminie (połowa kwietnia), więc użyłam lekkiego fortelu, bo tak czułam, że te właśnie góry zyskają Jego sympatię ze względu na swoją nazwę. Nie myliłam się! Pomysł wyjazdu w najstarsze góry w Polsce rzeczywiście się spodobał, więc zabrałam się za organizację naszego wypadu na kilka dni.

Transport był prosty – pojechaliśmy samochodem, bo dojazd ze Szczecina w Góry Sowie komunikacją zbiorową zająłby nam jakieś milion lat, z czego połowę musielibyśmy spędzić albo na dworcu we Wrocławiu w środku nocy, albo gdzieś w Wałbrzychu, do tego jeszcze pokonując ileś kilometrów na koniec na piechotę, bo nie było jasne czy poza sezonem w tamte okolice cokolwiek jeździ. A tak, drogą S3 prawie pod sam Wałbrzych i dalej drogami lokalnymi do miejsca noclegu. Prosto, łatwo i przyjemnie.

Co do noclegu… Tu sprawy zdecydowanie się komplikowały. Ciągle utrzymywany stan pandemiczny i zmieniające się co chwila przepisy, zakazy, nakazy, reguły, sprawiały, że ciężko było zaplanować cokolwiek z wyprzedzeniem większym niż kilka dni, a w wyniku tychże działań z góry, znalezienie noclegu w Górach Sowich okazało się graniczyć z cudem. Dzwoniłam, pytałam – bez skutku. Wysyłałam zapytania przez formularze kontaktowe na jednej ze stron pośredniczących w rezerwacjach noclegów – bez odpowiedzi. Planowaliśmy wyjeżdżać w niedzielę. Tymczasem był czwartek wieczór, a nasz wyjazd ciągle stał pod znakiem zapytania. Aż nagle w piątek z samego rana…

Telefon. Którego nie usłyszałam i nie odebrałam. W skrzynce wiadomości znalazłam SMSa:

„Mam pokój dla Pani”

panorama Gór Sowich

Góry Sowie – jedziemy!

Migiem dogadałam się z miłym Panem na nocleg w odpowiadającym nam terminie. Na szybko kupiłam mapę Sudetów Środkowych (w których właśnie znajdują się Góry Sowie) i parę drobiazgów, w tym film do aparatu, bo poza cyfrowym, ciągle zabieramy na nasze wyjazdy także aparat na tradycyjną kliszę. Spakowaliśmy się w dwa nieduże plecaki, zrobiłam nam na drogę jakieś jedzenie i wyruszyliśmy.

Droga S3 to całkiem sprawny sposób na przemieszczenie się z północy kraju na południe. Wyjechaliśmy jakoś trochę po 9:00 rano, a już około 14:00 byliśmy na miejscu w Sokolcu. Czekał tam na nas umówiony pokój w całkiem sympatycznym domu, gdzie mieliśmy do dyspozycji duży salon, będący jednocześnie jadalnią, oraz kuchnię z całym wyposażeniem. Cena: 50 zł za osobę za noc. Uważam, że uczciwa.

Dzień 1 – przyjazd i atak szczytowy

Korzystając z tego, że było jeszcze dość wcześnie, a pogoda tego dnia wyjątkowo ładna, postanowiliśmy od razu z marszu wybrać się na Wielką Sowę, która jest najwyższym szczytem Gór Sowich. Do tego nasze miejsce noclegowe znajdowało się zaraz obok początku czerwonego szlaku na ten szczyt na Przełęczy Sokolej.

Szlak zaczyna się dość stromo i na wstępie idzie się po betonowych, ażurowych płytach. Na szczęście tak wygląda tylko odcinek do Schroniska Orzeł, potem już zaczęła się leśna droga i… śnieg (połowa kwietnia). Całe spore odcinki były jeszcze pokryte ubitą warstwą śniegu, który delikatnie topniał we wczesnowiosennych promieniach słońca. Dzięki temu na powierzchni tworzyła się lekka śniegowa breja, która dawała lepszą przyczepność. Gdyby ta zbita pokrywa była zmrożona, bez raków mogłoby się po niej ciężko iść. Tymczasem ze zdumieniem obserwowaliśmy na trasie ludzi, którzy pokonywali ją w adidasach. Nie, żebyśmy byli jakimiś wybitnymi górołazami, obładowanymi sprzętem co najmniej na wyprawę w wyższe partie Alp. Wielka Sowa to szczyt też przecież wcale nie wymagający i latem to nawet w trampkach czy sandałach pewnie można spokojnie na niego wejść. Niemniej jednak w górach do wiosny wyraźnie było jeszcze kawałek, na szlaku zalegały całkiem spore ilości śniegu i błota, w związku z czym adidasy, zamiast porządnych butów trekingowych z przyzwoitą podeszwą, wydawały się nam wyborem cokolwiek lekkomyślnym. Dla równowagi, na odcinkach śnieżnych, widzieliśmy także ludzi z przypiętymi do butów rakami. Z początku wydawało mi się to z kolei lekką przesadą, ale później trafiliśmy na takie fragmenty trasy, kiedy w myślach przyznawałam, że te raczki to nie taki całkiem zły pomysł.

czerwony szlak na Wielką Sowę między Schroniskiem Orzeł a Schroniskiem Sowa

Na szczycie przywitały nas tłumy. Nic dziwnego – niedziela, ładna pogoda, aż się prosi urządzić jakiś wypad za miasto, choćby na Wielką Sowę, czemu nie! Sklepik z jedzeniem i pamiątkami był otwarty, o czym już z daleka świadczyła ustawiona do okienka kolejka. Obok ludzie siedzący przy drewnianych ławach. Po drugiej stronie spora grupa przy ognisku. Jeszcze obok mniejsze grupki pod wiatkami. Co chwila ktoś wchodził na kręte schody wieży widokowej, by po chwili wracać, przekonawszy się, że jednak jest zamknięta, bo za wcześnie. Sezon dopiero od pierwszego maja. Gwar, zapach ogniska, okrzyki informujące o gotowych kiełbaskach, rodzice sadzający dzieci na nieduży pomnik muflona do pamiątkowego zdjęcia. I błoto po kostki z rozdeptanego, całkiem roztopionego w tym miejscu już śniegu.

Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie przy znaku informującym, że oto właśnie znajdujemy się na szczycie Wielkiej Sowy, odnaleźliśmy niewielką, niebieską budkę przy rzeźbach trzech sów, zawierającą w sobie pieczątkę, którą wbiliśmy do naszych książeczek Zdobywców i postanowiliśmy zejść do schroniska, by tam nacieszyć się w spokoju widokiem gór (ze szczytu bez możliwości wejścia na wieżę widokową niewiele widać, bo jest porośnięty wokół drzewami) i zjeść jakąś obiadokolację.

Z tym spokojem to wyszło ostatecznie tak sobie, ale cała reszta udała się nieźle. Przy schronisku wprawdzie okrutnie wiało, ale zarówno placki po węgiersku, lokalne piwo Sowie i górskie widoki trzymały w pełni satysfakcjonujący poziom. Góry Sowie zaczynały nam się naprawdę podobać.

Schronisko Orzeł w Górach Sowich
panorama Gór Sowich ze Schroniska Orzeł

Dzień 2 – wszystkie drogi prowadzą do Wielkiej Sowy

Góry Sowie podzielone są niejako na trzy części. Pierwsza: na zachód od Walimia, druga – centralna: pomiędzy Walimiem a Przełęczą Jugowską i trzecia: na wschód od tejże przełęczy. I kiedy analizowałam układ szlaków, żeby na drugi dzień naszego pobytu ułożyć jakąś trasę, która pozwoliłaby trochę te góry poznać, a jednocześnie nie byłaby długa, dopasowując ją i do naszych możliwości, i do warunków pogodowych, o których za chwilę oraz żeby tworzyła pętlę, byśmy mogli wrócić do miejsca, z którego wyszliśmy (nie jestem pewna czy poza sezonem jakiś transport w tych okolicach w ogóle funkcjonował, w sezonie zapewne są jakieś busy kursujące między przełęczami, co rozwiązuje problem szukania pętli ze szlaku, bo można po prostu gdzieś podjechać i szlakiem wrócić, ale podczas naszego pobytu żadnych busów nie wypatrzyłam).

Stanęło na tym, że zostaniemy w części centralnej i że, jak byśmy nie szli, ponownie szczyt Wielkiej Sowy zdobędziemy. Poszliśmy więc z Przełęczy Sokolej, gdzie mieliśmy bazę noclegową, najpierw drogą, a potem czarnym szlakiem rowerowym na Kozie Siodło, następnie zielonym szlakiem w stronę Młyniska, tam skręciliśmy niebieskim szlakiem na Wielką Sowę, by z kolei żółtym szlakiem przez Małą Sowę dojść do Jeleniej Polany i stamtąd już wrócić fioletowym (tak, fioletowym!) szlakiem w stronę Schroniska Sowa i Orzeł do Sokolca i Sokolej Przełęczy.

Trasa wydawałaby się niedługa i niezbyt wymagająca, ale muszę zaznaczyć, że tego dnia było ledwie parę stopni powyżej zera na dole w Sokolcu, na Wielkiej Sowie temperatura wynosiła około zera, ponadto prognozy pogody zapowiadały możliwość opadów śniegu (który rzeczywiście postanowił nieco poprószyć), więc dłuższe trasy w tych warunkach odpadały bezdyskusyjnie. W dodatku była mgła. Ale jaka! Tam, gdzie poprzedniego dnia roztaczała się piękna panorama na Góry Sowie, następnego dnia było nic. Kompletnie nic. Olbrzymia chmura przetaczająca się z wolna po zboczach i zalegająca w dolinach. W tych okolicznościach cieszyliśmy się, że zdecydowaliśmy się wejść na Wielką Sowę dzień wcześniej przy dobrej pogodzie, bowiem na szczycie widoczność była bardzo słaba i nawet z pamiątkowym zdjęciem mógłby być kłopot.

Muszę jednak przyznać, że ta mgła tworzyła niesamowity klimat. Z zachwytem patrzyliśmy jak przetacza się przez góry. Wędrówka przez tę gęstą szarość wydawała się niczym sceny z filmów grozy. Albo z jakiejś fantastyki o zaczarowanym lesie. Miłą też odmianą był kompletny brak ludzi na szlaku (weekend się skończył i wszyscy pojechali). Przez cały dzień spotkaliśmy ledwie jedną parę pod koniec wycieczki, kiedy już schodziliśmy do Schroniska Orzeł (które również okazało się być otwarte o tej porze roku jedynie w weekendy, więc o dobrym obiedzie i lokalnym piwie tam mogliśmy zapomnieć). W takich okolicznościach nawet nie było mi żal tych wszystkich zdjęć widoczków, których nie dane mi było zrobić.

Dzień 3 – pójdźmy do Walimia

W nocy spadł śnieg i spadło go na tyle sporo, że zdecydowaliśmy się nie pchać już gdzieś wyżej w góry. Wycieczka z poprzedniego dnia nauczyła nas, że na mniej uczęszczanych szlakach śnieg nie był tak rozdeptany, a spadek temperatury i nowe opady mogłyby stwarzać warunki, w których posiadanie raków (których nie mieliśmy) stawałoby się niezbędne.

Postanowiliśmy wobec tego zrobić sobie spacer do Walimia, żeby zobaczyć trochę miasteczko i zrobić zakupy jedzeniowe. Około 4,5 kilometra asfaltem nie brzmi może zachęcająco, ale szło się całkiem przyjemnie, ruch nie był zbyt duży i – mimo nadal obecnej mgły – Góry Sowie wokół cieszyły nasze oczy.

Walim jest niewielką miejscowością, która zrobiła na mnie pozytywne wrażenie swoją… czystością. To było coś, co rzuciło mi się w oczy, jak spacerowaliśmy ulicami Walimia – nie widziałam na nich, ani na chodnikach, trawnikach, nigdzie, śmieci. Żadnych papierków, petów. Śnieg, który dopiero co w nocy spadł, był już zamieciony w nieduże kupki po bokach głównej ulicy, w niemal równych odstępach. Niewiele w samym Walimiu mogliśmy zobaczyć, ale ta czystość będzie czymś, co stamtąd zapamiętam.

Poza tym Walim słynie ze Sztolni Walimskich, czyli tzw. kompleksu „Rzeczka”. To jeden z siedmiu kompleksów „Riese” (z niemieckiego: „Olbrzym”) wybudowanych przez Niemców w Górach Sowich w czasie II Wojny Światowej. Budowa, prowadzona od 1943 roku, nigdy nie została ukończona. Miał to być system korytarzy i podziemnych budowli, ale jego przeznaczenie do dziś stanowi zagadkę rozpalającą zmysły poszukiwaczy przygód. Istnieją przesłanki, że kompleks miał stanowić tajną kwaterę główną Hitlera, jednak przewijają się również wśród historyków hipotezy na temat urządzania tu fabryki zbrojeń lub tajnych laboratoriów.

Normalnie podziemia można zwiedzać, ale w tamtym czasie wstęp był wstrzymany do odwołania ze względu na aktualnie obowiązujące obostrzenia w związku ze stanem pandemii.

Za to, niezależnie od obostrzeń, można podziwiać pocisk rakietowy V2 przed wejściem do Sztolni, który był ponoć wielką nadzieją Niemców na odwrócenie losów wojny (takimi pociskami był m.in. bombardowany Londyn w 1944 roku). Jak wiemy, pocisk nie wystarczył. Ale był dużym osiągnięciem ówczesnej techniki.

Sztolnie Walimskie kompleks Riese

Góry Sowie – idealne na długi weekend

Wprawdzie pierwotnie planowałam, że udamy się tam na tydzień, ostatecznie zostały z tego trzy dni, w tym dwa pełne i czwarty dzień na spokojny powrót do domu. Nie zrobiliśmy nie wiadomo jakich setek kilometrów po górach przez ten czas, między innymi z powodu warunków pogodowych (w kwietniu Góry Sowie występują jeszcze w wersji zimowej), ale trochę pochodziliśmy, co w zupełności zaspokoiło nasze potrzeby. Podejrzewam, że latem mogą tu być tłumy, szczególnie w weekendy, ale poza sezonem i poza weekendami można na szlaku przez cały dzień nie spotkać żywego ducha, co uważam za dużą zaletę. Poza tym Góry Sowie są nieduże, raczej łagodne. Miewają nieco bardziej strome podejścia, ale wszystkie szlaki są spokojnie do przejścia przez osobę o przeciętnej kondycji fizycznej. Poza porządną kurtką i butami, nie wymagają żadnego ambitnego wyposażenia sprzętowego ani szczególnego przygotowania. Można po nich nawet chodzić w adidasach 😉

Góry Sowie będą z pewnością dobrym wyborem dla tych, którzy lubią chodzenie po lasach. Jest ich tu bowiem dużo, co jednocześnie stanowi drobną wadę, ponieważ wiele szczytów jest nimi porośniętych, co oznacza, że o panoramiczne widoczki jak z pocztówek nie jest tutaj łatwo. Ale Góry Sowie rekompensują ten brak swoim klimatem – zdawałoby się trochę dzikim i mrocznym, ale jednocześnie na swój sposób przytulnym.

Żadne z nas nie było wcześniej w tych okolicach. Ba, Krzysiek przyznał potem, że nie wiedział nawet, że w Polsce są Góry Sowie 😉 Ale cały wyjazd bardzo nam przypadł do gustu, a że w niedalekiej okolicy znajduje się jeszcze kilka szczytów zaliczanych do Korony Gór Polski, to z pewnością w jakiejś przyszłości pojawimy się w pobliżu ponownie.

A jeśli Tobie mój wpis spodobał się równie jak nam Góry Sowie, będzie mi bardzo miło, jeśli zechcesz go udostępnić 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *