Góry Grampians i Great Ocean Road – część trzecia

kakadu żółtoczuba w Kennett River na trasie Great Ocean Road Australia
Sulphur-crested cockatoo (kakadu żółtoczuba)

Czas na trzecią, i już ostatnią, część opowieści o podróży z Adelaide do Melbourne wzdłuż Great Ocean Road. Ale to nie znaczy, że to koniec pisania o Australii! Tym to na pewno jeszcze nie raz będę Was męczyć 😉 Póki co jednak opuściliśmy uroczą Adelaidę, podziwialiśmy piękne panoramy Gór Grampians, po czym skierowaliśmy się na drogę B100, znaną jako Great Ocean Road, którą dojechaliśmy do słynnych 12 Apostołów. Tam podziwialiśmy grę kolorowych świateł promieni zachodzącego słońca na białożółtych wapiennych skałach, a dziś… dziś ostatni już odcinek tej trasy i odrobinę zmiany klimatu.

Poprzez góry, poprzez lasy

Niedaleko za 12 Apostołami droga B100 odbija nieco wgłąb lądu. Mijamy Princetown i okolica staje się nieco bardziej górzysta i porośnięta lasami. Bogactwo zieleni pozwala odpocząć trochę od surowych skał pokrytych jedynie niską, suchą roślinnością. Jedziemy tak przez dłuższą chwilę, aż nagle zatrzymujemy się w środku lasu. Nasz przewodnik zaprasza nas na krótki spacer pośród drzew. Niektóre mają 300 lat!

wielkie drzewo w Maits Rest Rainforest Walk w Parku Narodowym Otway Australia

Maits Rest to około 30-minutowa trasa spacerowa w Great Otway National Park na półwyspie Otway. Chodzi się tam po ścieżkach bądź drewnianych kładkach pośród olbrzymich paproci, drzew, które zdają się sięgać aż do nieba i pod których korzeniami spokojnie może przejść dorosły człowiek i całego gąszczu innych roślin, które tworzą tutejszy las deszczowy (rainforest). Niecały kilometr na rozprostowanie nóg podczas podróży. Warto się tam zatrzymać, żeby zatopić się na parę chwil w tej zieleni.

Orzeźwieni spacerem w cieniu zieleni, ruszyliśmy w dalszą drogą. Minęliśmy Apollo Bay z piękną, piaszczystą plażą i pojechaliśmy dalej zboczami gór. Ta część wybrzeża różni się nieco od tej na zachód od półwyspu Otway. Mniej tutaj klifów, bardziej to po prostu zbocza gór schodzące prosto do oceanu. W licznych zatoczkach natomiast ukształtowały się atrakcyjne, piaszczyste plaże, będące idealnym miejscem wypoczynku, ale też popularnymi bazami wypadowymi dla surferów.

Scenerie, jakie można podziwiać z umiejscowionych na poboczach licznych punktach widokowych, są oszałamiające.

panorama Great Ocean Road Australia
Great Ocean Road widok na zbocza gór schodzących do oceanu Australia
Great Ocean Road asfaltowa droga biegnąca po zboczach gór schodzących do oceanu Australia

On się poruszył!

W Kenneth River, niewielkiej miejscowości nadmorskiej nad rzeką – kto by zgadł – Kenneth, czekała na nas prawdziwa przygoda. Mieliśmy okazję zetknąć się wręcz bezpośrednio z dziką (choć już jednak z ludźmi oswojoną, więc może nie taką całkiem dziką..) przyrodą Australii. Zostaliśmy mianowicie zabrani na Kenneth River Koala Walk, gdzie mogliśmy zobaczyć całkiem sporo śpiących (oczywiście) na drzewach koali i przespacerować się pośród różnych gatunków kolorowych papug. Nigdy wcześniej ani później nie widziałam ich nigdzie tak blisko. King parrot (po naszemu: szkarłatki królewskie), sulphur-crested cockatoo (kakadu żółto- albo złotoczuba) czy crimson rosella (rozella królewska) – wszystkie zachwycały jednakowo. W okolicy oczywiście można było kupić kubeczki z karmą dla ptaków, a chętnie na łatwy posiłek papużki przylatywały po ziarenka na dłonie, pozując tym samym do zdjęć kolejnym grupom turystów. Nie takie całkiem dzikie więc to życie w Kennett River i przyznaję, że mam tu mieszane uczucia co do takiego sposobu zaznajamiania ludzi z przyrodą Australii, choć sama również uległam pragnieniu tego niesamowitego doświadczenia, kiedy oto dziki jednak ptak ląduje na dłoni i można niemal poczuć miękkość piór i podziwiać z tak bliska na wstrzymanym oddechu… Nie wiem czy drugi raz bym się na to skusiła. Chyba jednak lepiej podziwiać je z pewnej odległości.

Dużą atrakcją w tym miejscu były również koale, chociaż wrażenia ze spotkania z nimi są zdecydowanie mniej spektakularne. Głównie z tego powodu, że koale są zwierzętami raczej aktywnymi nocą, w związku z czym w dzień zwyczajnie śpią. Przez niektórych w związku z tym zostały określone jako nudne, a nawet zaczęły się pojawiać żartobliwe podejrzenia jakoby obserwowane koale były sztuczne i przyklejone do tych drzew pokazowo, bo – jak ktoś stwierdził – nigdy nie widział koali, który by choćby drgnął. Dosłownie chwilę po tym, ktoś nagle krzyknął:

– On się porusza! Nogą ruszył!

I rzeczywiście – śpiący koala podrapał się łapą za uchem, nieświadomy, że pod jego drzewem stoi chmara ludzi z otwartymi paszczami, bo oto pierwszy raz widzą naprawdę żywego koalę 😀

Na fali

Apollo Bay otwiera tę bardziej plażową część wybrzeża, któremu towarzyszy Great Ocean Road. Dalej znajdują się jeszcze Way River oraz ciągnące się plaże Lorne, Anglesea i Torquay – lokalna mekka surferów, do której niedługo później wróciłam jeszcze na kilka dni, by odbyć krótki kurs surfowania. No bo jak to? Przyjechać do Australii i nie spróbować chociaż poślizgania się na desce po falach? 🙂 Swoją drogą to tylko tak łatwo wygląda, ale w praktyce wcale takie nie jest (albo to ja nie mam w ogóle talentu do tego sportu), a gdybyście mieli kiedyś ochotę posurfować, to proponuję wcześniej poćwiczyć nieco pompki – od podnoszenia się i prób wstania na desce następnego dnia miałam takie zakwasy w rękach i barkach, że nie mogłam normalnie założyć bluzy 😉

Tymczasem jednak zatrzymaliśmy się na krótki przystanek na jednej z takich ciągnących się daleko plaż – w Lorne.

plaża w Lorne Australia
ponton ratowników na plaży w Lorne na trasie Great Ocean Road Australia
pływający ludzie i surferzy w oceanie w Lorne na trasie Great Ocean Road Australia
Lorne plaża Great Ocean Road Australia

Piwo z kolegami nie zwalnia z odpowiedzialności…

Nasza wyprawa niechybnie zmierzała ku końcowi. Ale nasz przewodnik przygotował dla nas jeszcze niespodziankę, którą była latarnia morska w Split Point pomiędzy Lorne a Anglesea.

latarnia morska w Split Point Australia

Latarnia w Split Point została wybudowana w 1891 roku i miała za zadanie poprawić bezpieczeństwo płynących przez Cieśninę Bassa statków. Ma 34 metry wysokości, a jej światło jest widoczne z odległości około 33 km przy dobrej pogodzie. Konstrukcja jest nazywana przez lokalną ludność „Białą Królową” (White Queen) i dawniej obsługiwana była przez głównego latarnika i dwóch asystentów, którzy mieszkali z rodzinami w pobliżu. Znajdująca się przy latarni tablica informacyjna mówi, że ostatni pracujący tu latarnik, Richard Baker, wydłubał dziurę w tylnej ścianie budynku, żeby mógł obserwować czy latarnia się pali kiedy był wieczorem w pubie 😉

Ostatnia stacja…

Miejscowość Torquay jest ostatnią (albo pierwszą) na trasie Great Ocean Road. Zaraz za miejscowością ta słynna droga się kończy (lub zaczyna przed miejscowością), co zostało oznakowane wielką bramą informującą o tym przejezdnych.

koniec Great Ocean Road w Torquay drewniana brama Australia

Nieopodal tej bramy znajduje się pamiątkowa tablica informująca o pomnikowym charakterze tej drogi oraz pomnik jej budowniczych.

tablica upamiętniająca budowniczych Great Ocean Road Australia
pomnik budowniczych drogi Great Ocean Road w Torquay Australia
tablica upamiętniająca górników budujących drogę Great Ocean Road Australia

Trzeba tu dodać, że Australijczycy w ogóle są bardzo przywiązani do upamiętniania swojego udziału w obu wojnach światowych i pomniki, wzgórza, różnego rodzaju memoriały znaleźć można nawet w małych miejscowościach.

Dalej już drogi prowadzą do Geelong, a stamtąd prosto do Melbourne, gdzie nasza przygoda dobiegła końca. Będąc w Australii, mieszkałam na przedmieściach Melbourne, któremu może kiedyś też poświęcę parę słów. Ale to już innym razem 🙂

Mam nadzieję, że ta trzyczęściowa wycieczka wzdłuż Great Ocean Road się Wam podobała i gdybyście tylko mieli okazję postawić swoje stopy na australijskiej ziemi, zwłaszcza na południowych krańcach stanu Victoria, naprawdę polecam wybrać się w tę podróż. Na pewno nie będziecie żałować 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *