Jesień w górach, czyli pomysł na aktywny urlop w 5 smakach

Widok z gór Kaczawskich w stronę Karkonoszy

Wpis ten mógłby mieć tytuł „Plan, który nie umarł”, ale ten miałby sens tylko dla naprawdę wytrawnego czytelnika tego bloga, który zna już nieco moje zdolności do planowania, o których wspominałam przy okazji innego górskiego wpisu (link dla ciekawskich) oraz trafił już uprzednio na sam plan, jaki mieliśmy na naszą jesienną wycieczkę w góry (tu oto). Jak zwykle – dużo, ambitnie, intensywnie, czyli aż się prosiło o piękną porażkę. A tu nic. Nie dość, że porażki brak, to sam PLAN miał się doskonale i zapewnił nam bardzo aktywny urlop wypełniony wrażeniami po kokardę. I o to chodziło!

Udało się nam zrealizować wszystko, co założyliśmy. A nawet dodać do tego ciut więcej. Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym nie żałowała trochę, że nie mieliśmy więcej czasu w każdym miejscu, ale za to ten, który mieliśmy, wykorzystaliśmy do szpiku czasowej kości. Moja lista miejsc do odwiedzenia i rzeczy do zobaczenia w okolicy urosła jeszcze o kolejne kilka pozycji. Teraz się nie dało, ale przyjdzie jeszcze ta chwila…

No dobra…

„W okolicy”, czyli gdzie?

Ano na Dolnym Śląsku, mówiąc najoględniej, i pewnie już się uśmiechasz, bo co jak co, ale tam to można by pewnie i ze 2 lata spędzić i ciągle by coś pozostawało na liście jeszcze do odwiedzenia. Jak nie góry, to zamki, jak nie zamki, to kopalnie, jak nie kopalnie to huty szkła, ciekawe miasteczka, ogrody, przeróżne muzea, pozostałości z czasów wojny, co kto chce. Tysiące pomysłów na aktywny urlop i jeszcze ciut-ciut.

My tym razem postawiliśmy na góry. Zorganizowaliśmy sobie wręcz taką „objazdówkę” po dolnośląskich górach i przez 11 dni urlopu odwiedziliśmy 5 różnych pasm górskich, przedeptaliśmy tamtejsze szlaki (nie wszystkie!) i weszliśmy na 5 najwyższych szczytów każdego z tych pasm, zbierając kolejne pieczątki-trofea na drodze do zdobycia Korony Gór Polski (o co chodzi z tą Koroną również pisałam o tutaj). Z całej tej naszej wycieczki stworzył się całkiem gotowy pomysł na bardzo aktywny urlop, więc jeśli potrzebujesz odrobiny inspiracji, zaraz Ci wszystko opowiem.

Przepis na aktywny urlop w górach

Do wykonania potrzebne Ci będą następujące składniki:

  • około 10 dni (jak masz więcej, to tym lepiej!)
  • szczypta Masywu Ślęży
  • szczypta Rudaw Janowickich
  • łyżeczka Karkonoszy
  • łyżka Gór Izerskich
  • odrobina Gór Kaczawskich
  • do ozdobienia potrawy można użyć Wrocławia, Karpacza, Szklarskiej Poręby i Jeleniej Góry – w proporcjach wedle uznania.

Przydadzą Ci się również mapki Sudetów Środkowych oraz Zachodnich (mogą się inaczej nazywać w zależności od wydawcy mapy, więc sprawdź dobrze czy mapa, którą planujesz kupić, obejmuje wskazane pasma górskie). Można oczywiście polegać na mapkach w telefonie komórkowym, ale te potrafią być zawodne, o czym przekonaliśmy się i tym razem, kiedy para wędrowców na szlaku w Karkonoszach zwróciła się do nas z zapytaniem czy wiemy którędy na Pielgrzymy, bo im coś aplikacja padła i ostatecznie robili sobie zdjęcie naszej papierowej mapy. Elektronika jest fajna i pomocna, ale mimo wszystko pozostaję wierna tradycyjnym metodom obrazowania i orientowania się w terenie. One się nigdy nie wieszają i nigdy nie rozładowuje się im bateria.

Od razu zaznaczę, że na ten urlop wybraliśmy się własnym samochodem, ale jeśli masz ochotę skorzystać z transportu publicznego, to oczywiście jest to możliwe – do Wrocławia pociągiem dojedziesz raczej bez większych problemów z dowolnego miejsca w Polsce, a pomiędzy miejscowościami w górach kursują PKSy i różne busy. Trzeba tylko poszukać i być może zmienić nieco kolejność.

Powyższe składniki można łączyć w dowolnej konfiguracji, ja jednak proponuję Ci taką (opcja na samochód):

Dzień 1 – transfer do Wrocławia

Sugeruję rozpocząć od Wrocławia, więc na początek – o ile nie mieszkasz tam na stałe – transfer z Twojego miejsca zamieszkania do tego pięknego miasta.

I tyle. Jeśli mieszkasz dość niedaleko, możesz poświęcić część dnia na pospacerowanie i zwiedzanie miasta. My akurat pierwszego dnia poszliśmy oddać krew (oboje jesteśmy Honorowymi Krwiodawcami) i dopiero po południu wyruszyliśmy w trasę, zwiedzania miasta zatem nie ujmowaliśmy w swoim planie, ale warto to zrobić. Dodatkowo odwiedzaliśmy przy okazji Przyjaciela, więc wizyta ta miała nieco inny charakter. Ale może wybiorę się kiedyś do Wrocławia czysto turystycznie i stworzę o tym mieście osobny wpis.

Dzień 2 – zdobywanie Ślęży

Po tym jak już zachwycisz się Wrocławiem i odpoczniesz nieco po podróży, proponuję pierwsze wyzwanie na rozruch – wyprawę na Ślężę.

Z Wrocławia udaj się na południe w kierunku Sobótki. Tam możesz zostawić samochód na parkingu w miejscu, gdzie zaczynają się szlaki w obrębie Ślężańskiego Parku Krajobrazowego. Przyznaję, że nie wiem jak się tam dostać transportem publicznym, ale pewnie jakoś się da. Poszukiwania pozostawiam Tobie. Na parkingu wprawdzie widzieliśmy informację, że jest płatny, ale chyba tylko w sezonie, bo w październiku nie było tam żywego ducha, któremu można by za ów postój zapłacić.

Widok na Ślężę z drogi z Wrocławia do Sobótki

Przyznam też uczciwie, że Ślężę, jako małą górkę pośrodku niczego, potraktowaliśmy nieco bez szacunku i nawet nie chciało nam się przebierać butów na porządne, górskie, za kostkę. Wparowaliśmy na szczyt w adidaskach, jak ostatnie lamusy. Trochę to wina mojego (nie wiem skąd je wzięłam!) wyobrażenia na temat drogi na Ślężę – że to pewnie coś w rodzaju parkowej alejki, bo to małe takie i w ogóle ledwo to można nazwać górą. A jednak. Jeśli masz porządne, górskie buty – nie bądź lamusem. Ubierz je. Góra może duża nie jest, ale skałki i różne kamyki na trasie jak najbardziej posiada i droga na szczyt w ogóle nie wygląda jak równa, gładka parkowa alejka. Gdyby było mokro, mogłoby być nieco ślisko, więc – jak zawsze w góry – lepiej wziąć solidne buty. Szkoda byłoby zakończyć swój aktywny urlop już drugiego dnia skręconą kostką, nie? 😉

Żeby nie było nudy, proponuję na Ślężę wejść żółtym szlakiem przez Wieżycę (Górę Kościuszki), który potem przechodzi w szlak żółto-czerwony. Podejście nie jest bardzo wymagające, ale trochę metrów do pokonania pod górkę jest i są fragmenty, gdzie można się nieco zziajać. Zwłaszcza, jeśli nie jesteś rasowym górołazem i typem kozicy (albo jak ja to określam – „hasanki” – co to hasa z jednej góry na drugą jak motylek). Ja nie jestem, więc Ślęża dość szybko sprawiła, że zaczęłam ją bardziej szanować 😉

Na samej górze znajduje się schronisko PTTK oraz… kościół. I wieża przekaźnikowa. W schronisku, poza napojami i jedzeniem oraz drobnymi suwenirami, możesz również uzyskać pieczątkę do książeczki zdobywcy Korony Gór Polski (jeśli zbierasz). Ale jeśli myślisz, że to koniec wycieczki na szczyt, to nie. Trzeba uważnie przeczytać drogowskazy przy schronisku i wtedy okaże się, że czeka Cię jeszcze kawałek drogi. Trzeba się skierować niebieskim szlakiem, przejść za kościołem, minąć takie skałki i tam dopiero jest tabliczka, że oto właśnie tu znajduje się szczyt Ślęży, a na tym szczycie umieszczono dodatkowo wieżę widokową. Polecam się na nią wspiąć, gdyż widok z samej góry jest urzekający, ale warto mieć ze sobą jakąś czapkę albo kurtkę (w zależności od pory roku), bo na dole w ogóle nie czuć tego, jak na górze okrutnie potrafi wiać!

Widok na wieżę kościoła z wieży widokowej na Ślęży

Jeśli przyjechałeś samochodem, który został zaparkowany w Sobótce, możesz sobie dla odmiany zejść niebieskim szlakiem i potem zmienić go na czarny albo czerwonym i potem czarnym wzdłuż drogi, albo częściowo tak, jak przyszedłeś – czerwono-żółtym i potem dla odmiany wybrać końcówkę samym czerwonym (jeśli wchodziłeś żółtym przez Wieżycę).

My wybraliśmy wariant trzeci, częściowo dlatego, że frapowało nas gdzież to kończy się ten czerwony szlak, którego z poziomu parkingu nie mogliśmy znaleźć i to było powodem, dla którego ostatecznie wchodziliśmy żółtym. Jeśli zatrzymasz samochód na pierwszym parkingu na przeciwko hotelu, to zaraz za hotelem jest taka wąska, utwardzona droga – to tam właśnie wiedzie czerwony szlak. Nie widzieliśmy tego, bo w okolicy trwały budowy i mieliśmy wrażenie, że idąc w tamtą stronę, szlibyśmy właśnie na budowę.

Po udanej wycieczce i dumnym zdobyciu Ślęży, możesz spokojnie wrócić na nocleg do Wrocławia.

Dzień 3 – Rudawy Janowickie

Wiem, że wolne, że nic nie trzeba i tak dalej, ale jeśli zdecydowałeś się na taki aktywny urlop, to nie ma zmiłuj – czasem trzeba wcześnie wstać. Dziś zdecydowanie polecam to zrobić, szczególnie jeśli poprzedniego dnia wróciłeś na nocleg do Wrocławia.

Kolejny celem są Rudawy Janowickie, jako przystanek w drodze do Karpacza. Nie są to duże góry, ani pod względem wysokości, ani powierzchni. Najwyższy szczyt – Skalnik – ma 945 m n.p.m. Jak na polskie warunki – ani to dużo, ani mało. Taka środkowa półka. Rudawy są w dużej swojej części porośnięte gęstym lasem, więc piękne widoki na okolicę zdarzają się, ale nie przesadnie. Nie znaczy to jednak, że to nudne góry! Co to, to nie!

Aby lepiej docenić urok tych nie za dużych, kudłatych górek, polecam rano pojechać najpierw do Wieściszowic – niewielkiej wsi przy granicy Rudawskiego Parku Krajobrazowego. Tam, na jednym z licznych parkingów, można zostawić samochód i udać się na niedługi spacer szlakiem Kolorowych Jeziorek. Trasa nie jest długa, ani wymagająca i z obserwacji otoczenia wynika, że nawet małe dzieci radzą z nią sobie doskonale. Wiedzie przez las i po drodze możesz podziwiać cztery niewielkie jeziorka, powstałe w wyniku zalania dawnych wyrobisk różnych minerałów. Jest więc Jeziorko Żółte, Purpurowe, Błękitne i Zielone (czasem nazywane też Czarnym). Moim zdaniem najładniejsze i w ogóle warte zobaczenia są Jeziorka Purpurowe i Błękitne, ale pojedź i sprawdź sama czy podzielasz moją opinię.

Jak już rozruszasz nieco kopytka podziwiając urocze leśne stawki, czas na danie główne dnia – zdobycie Skalnika. Możesz to zrobić jadąc do Kowar, zostawiając tam gdzieś samochód i drepcząc zielonym szlakiem (ta opcja to ok. 2 godzin marszu w jedną stronę, może trochę krócej). My wybraliśmy krótszy wariant – pojechaliśmy do Czarnowa (mała wieś koło Rędzin), zostawiliśmy tam samochód na prowizorycznym parkingu przy farmie wyznawców Hare Kriszny, a następnie najpierw niebiesko-czarnym, a potem czerwono-żółtym szlakiem weszliśmy na Ostrą Małą (tak naprawdę obok), następnie niebieskim szlakiem na sam Skalnik i potem niebieskim szlakiem z powrotem do Czarnowa. Wycieczka na niecałe 10 km, czyli taki przyjemny spacerek z opcją podziwiania lasu świerkowego i niewielkich skałek tu i tam po drodze.

Zdobycie Skalnika najwyższego szczytu Rudaw Janowickich

Oczywiście opcji na zdobycie Skalnika jest więcej, ale to już zostawiam Tobie. Jak już szczęśliwie pozyskasz pieczątkę ze szczytu (mieszka w małej, drewnianej budce) i zejdziesz na dół, zostanie Ci już tylko krótki przejazd do Karpacza.

Dzień 4 – Karkonosze

Tu już kończą się żarty i spacerki po leśnych pagórkach, bowiem czwartego dnia, po wcześniejszych rozgrzewkach, wybieramy się zdobywać Śnieżkę – królową Karkonoszy. I spodziewaj się raczej nie słodkiej, naiwnej Królewny Śnieżki, ale poważnej, chłodnej Królowej Śniegu.

Otóż wiedz, że na Śnieżce przez większą część roku wieje, przy czym częściej jest to wicher, który próbuje Ci urwać łeb niż łagodna bryza o poranku. Średnia temperatura w roku ledwo przekracza 0 stopni Celsjusza, w miesiącach letnich może zdarzyć się około 5 stopni, ale o 10 w zasadzie możesz zapomnieć. No i mgły. Gdzieś widziałam informację, że ten szczyt przez około 300 dni w roku spowity jest mgłą. To wszystko sprawia, że tym bardziej doceniasz swoje szczęście, kiedy uda Ci się akurat trafić na względną pogodę. Jak trafisz na naprawdę ładną, rozważ zagranie w totka albo coś podobnego. To może być Twój dzień!

Droga na Śnieżkę

Żeby nie utrudniać sobie zadania i nie wydłużać nadmiernie drogi pod górę, proponuję uwzględnić to przy noclegu i poszukać czegoś dalej od centrum Karpacza, ale za to bliżej gór. Chyba, że planujesz pobyć jednak dłużej w Karpaczu niż 2 noce (jak my) i pospacerować więcej po miejscowości, a Śnieżka to tylko jak ta wisienka na torcie. To pewnie, nocleg bliżej centrum może być lepszy. Chociaż… z drugiej strony to przecież aktywny urlop, więc spacerek 1,5 km do centrum miasta (z górki) i drugie tyle (pod górkę) powinien wpisywać się w Twój plan doskonale 😉 W każdym razie my się zatrzymaliśmy w Villa Jasmin i ja tę miejscówkę serdecznie polecam!

O samym Karpaczu rozpisywać się nie będę. Miejscowości górskie mają swój niewątpliwy urok, ale też te najbardziej popularne, wiele ze swego uroku trwonią na masową turystykę. No cóż, jaki popyt, taka podaż, nie ma co się zżymać. Skupmy się zatem na Śnieżce, na którą wejść proponuję czerwonym szlakiem z Białego Jaru. Można też podjechać autem do Rozdroża Łomnickiego i zacząć iść tym czerwonym nieopodal dolnej stacji wyciągu na Kopę. Wwiezienia dupki wyciągiem nawet nie proponuję, bo to po pierwsze aktywny urlop (przypominam!), a po drugie plan jest, by tę Śnieżkę zdobyć, a nie prawie na nią wjechać. Zwłaszcza jeśli kolekcjonujesz szczyty z Korony Gór Polski to ostatnie rozwiązanie powinno jedynie wywołać u Ciebie pełne politowania kręcenie głową połączone z charakterystycznym cmokaniem, bo przecież Ty, Zdobywca, takimi rozwiązaniami gardzisz! Przynajmniej tym razem 😉

Proponuję zatem wejść szlakiem czerwonym, który widać na zdjęciach powyżej. Można również czarnym, przez Kopę, albo znaleźć sobie inny jakiś wariant całkiem naokoło, jeśli 20 km po górach komuś mało, ale wydaje mi się, że droga przez Dolinę Łomniczki jest wystarczająco przyjemna, a w wyższych partiach szlaku także obfitująca w rozszerzające źrenice z zachwytu panoramy, że nie ma co przesadnie kombinować. Na naszej mapie odcinek z Białego Jaru do schroniska Dom Śląski pod Śnieżką jest szacowany na ok. 3 godziny, ale my to przeszliśmy w 2 godziny i 10 minut z paroma zdjęciami po drodze, więc w tym miejscu na mapie jest chyba jakiś błąd, bo takim pociskiem to ja na pewno nie jestem. Spod Domu Śląskiego na Śnieżkę to już tylko półgodzinny rzut beretem – można się wdrapać nieco ostrzej dalej czerwonym szlakiem lub troszkę naokoło, ale łagodniej, niebieskim. My po krótkim postoju koło Domu Śląskiego wybraliśmy wariant: czerwony w górę, niebieski w dół.

Na szczycie (i po drodze na szczyt) było sporo ludzi, jak na październik, ale akurat trafiliśmy na weekend. Podejrzewam, że dzień później sytuacja wyglądałaby mocno inaczej. Na Śnieżce, zgodnie z przewidywaniami, wiało, przez chwilę nawet prószył drobny śnieżek (wokół szczytu było go zresztą troszkę tu i tam), a pod koniec naszego pobytu na górze, napatoczyła się nawet i chmura czyniąca lekką mgłę. Nie wiem jaka była dokładnie wtedy temperatura, ale raczej coś koło zera, a tablice informujące, że tu oto właśnie jest szczyt, były oblodzone. Czyli pełen komplet podstawowego pakietu pogodowego Śnieżki 😉

Jeśli szukasz pieczątki do książeczki Zdobywcy Korony Gór Polski, to znajdziesz ją w Czeskiej Budce, bo polskie schronisko na szczycie nie działa. W czeskim natomiast możesz też coś zjeść, napić się czegoś i odpocząć. To samo możesz zrobić również w Domu Śląskim, pod szczytem. Pieczątkę też mają, ale schroniskową, nie ze Śnieżki, więc jeśli zbierasz, możesz sobie odbić dwie.

Jak już nacieszysz się faktem zdobycia królowej Karkonoszy, a nawet całych Sudetów i zarazem najwyższego szczytu w Czechach, proponuję zejść do Karpacza niebieskim szlakiem przez Spaloną Strażnicę, schronisko Strzecha Akademicka, obok Małego Stawu i schroniska Samotnia, przez Kozi Mostek, Polanę aż do Świątyni Wang. Uważam tę drogę za optymalną z tego punktu widzenia, że skoro nie spędzamy w tej okolicy za wiele czasu, fajnie byłoby go maksymalnie wykorzystać i jak najwięcej po drodze zobaczyć. A jeśli tylko masz taką możliwość, rozważ pobycie tutaj nieco dłużej, bo cudowności do obejrzenia jest tu mnóstwo i nudzić się na pewno nie będziesz.

Dzień 5 – Szklarska Poręba

Ten dzień zaplanowaliśmy na typowo transferowy. Bez pośpiechu, bez wyjątkowo wczesnego wstawania rano (jedynym ograniczeniem była konieczność wymeldowania się do 10:00). Po zdobyciu Śnieżki, przejściu 20 km poprzedniego dnia i z perspektywą kolejnego ambitnego wyzwania na kolejny dzień, uznaliśmy, że należy nam się nieco odpoczynku i regeneracji.

Jeśli tak, jak my, postanowiłaś spędzić w Karpaczu tylko dwie noce celem wspięcia się na najwyższy szczyt Karkonoszy, możesz ten dzień przeznaczyć jeszcze na pospacerowanie nieco po miejscowości i nawiązanie bliższej znajomości z Karpaczem. My z tego zrezygnowaliśmy i od razu udaliśmy się do Szklarskiej Poręby.

Tym samym byliśmy tam nieco za wcześnie, żeby zakwaterować się w naszym nowym domu na kolejne 3 noce, ale udało nam się zaparkować samochód na terenie posesji, więc wybraliśmy się na spacer. Za cel obraliśmy Wodospad Kamieńczyka, bo to ani daleko, ani bardzo forsownie. Tak w sam raz, żeby się nieco przejść, ale nie zmęczyć zanadto.

Wodospad Kamieńczyka ma łącznie 27 metrów wysokości i spada wdzięcznie po skałach trzema kaskadami. Pod środkową z nich znajduje się grota, wykuta niegdyś przez Walończyków, którzy w tych skałach szukali ametystów i pegmatytów. Grota nazywana jest Złotą Jamą, co od razu rodzi skojarzenia z jakimiś legendami o złocie, ale chyba nikt tam żadnego nie znalazł. Za to jeśli już o legendach mowa, to oczywiście istnieje taka, która opowiada skąd w ogóle wziął się ten piękny wodospad. Otóż, jak to bywa, pewna rusałka z gór zakochała się w mężczyźnie, któremu oddała wszystkie swoje kosztowne kamienie, żeby ten mógł je sprzedać i zdobyć pieniądze na leczenie swojej chorej matki. Siostry rusałki ostrzegały ją, żeby się z ludźmi nie zadawała, ale to jak mówić dzieciom, by nosiły czapki zimą. Koleś natomiast drogie kamienie zgarnął i sam przepadł jak kamień. Zmartwiona, zakochana rusałka szukała go po górach i jak już jej się wydawało, że go widzi w oddali, to wystarczyła chwila nieuwagi i spadła w przepaść. Jej siostry tak bardzo po jej utracie płakały, że z ich łez powstał potok, a potok utworzył wodospad.

Wodospad Kamieńczyka

Nie ominęliśmy tej atrakcji i skusiliśmy się na zejście do wąwozu, by popodziwiać spadające ze skał masy wody w jesiennej scenerii. I trzeba przyznać, że to są takie rzeczy, które robią wrażenie. Jak woda, powoli, ale konsekwentnie, drąży skały, jak tworzy wąwozy, doliny, jaka tu się tak naprawdę dzieje skomplikowana chemia i fizyka! No głowa mała!

Na koniec, oszołomieni potęgą przyrody, skierowaliśmy swe kroki do obiektu, który znajduje się tuż obok schroniska i zwie się bardzo zachęcająco – Szałas Sielanka. No dobra, to od początku był główny cel naszej wycieczki 😉 Krzysiek zachwycił się tym miejscem, oglądając je na zdjęciach mojego Taty, który tu był miesiąc wcześniej i to był jeden z ważniejszych punktów na liście miejsc do odwiedzenia. Spore pomieszczenie w kształcie rotundy z paleniskiem na środku i ławami ustawionymi wokół. Nad ogniem pieką się kiełbaski, kaszanki i serki typu oscypek (które przez zastrzeżenie nazwy w każdym miejscu nazywają się jakoś inaczej, ale zawsze chodzi o to samo). W barze można nabyć również coś do picia, wedle potrzeb zimnego albo ciepłego, i posiedzieć sobie w cieple. Już samo podziwianie wystroju wnętrza, tej ilości zgromadzonych przedmiotów, detali, przysporzyć może o zawrót głowy i to zanim jeszcze weźmiesz pierwszy łyk grzanego wina! Trzeba przyznać, że Szałas ma w sobie to coś i choć muzyka w nim serwowana była kompletnie nie w naszym guście (klimaty cygańsko-biesiadne), to tam zupełnie nam to nie przeszkadzało i moglibyśmy tak siedzieć na ławie, patrzyć w ognisko i sączyć piwo lub wino godzinami. Co zresztą z przyjemnością czyniliśmy i Tobie również polecam!

Dzień 6 – Góry Izerskie

Poprzedni dzień łatwo mógł sprawić, że zapomniałeś już, iż to aktywny urlop – ale spokojnie: ten Ci o tym przypomni! 🙂 Przed Tobą bowiem zdobywanie Gór Izerskich, które może do najwyższych nie należą, może nie są jakoś wybitnie strome, ale trasa, jaką Ci zaproponuję, z pewnością nie pozostawi Cię obojętnym (choć być może dopiero pod koniec albo następnego dnia 😉 ).

Zgadłaś! Pobudka skoroświt, bo przed nami duuuuuużo kroczków do zrobienia i kolejny szczyt Korony Gór Polski – tym razem Wysoka Kopa. Proponuję wyjść na szlak jak najwcześniej. W naszym przypadku była to 7.30 rano, więc przy okazji mogliśmy chłonąc uroki wschodu słońca nad górami i jak pięknie się światło słoneczne rozlewało po żółciejących wokół liściach drzew. Krzysiek jest mniej wrażliwy na takie widoki, ale ja to co chwilę umieram z zachwytu.

Droga niebieskim szlakiem na Rozdroże pod Zwaliskiem w Górach Izerskich

W stronę Wysokiej Kopy proponuję się na rozruszanie udać niebieskim szlakiem, omijając Wysoki Kamień, bo to o wiele przyjemniejszy i mniej stromy wariant niż szlak czerwony. Niebieski szlak doprowadzi Cię bez większych emocji przez las do Rozdroża pod Zwaliskiem, a następnie do samego Zwaliska (tak uroczo nazwano tutaj grupę całkiem ładnych skałek). Już od Rozdroża niebieskie znaczki połączą się z czerwonymi (oraz zielonymi na pewnym odcinku) i od tego miejsca już tak naprawdę powinieneś kierować się szlakiem czerwonym. Nie ma tu dużych przewyższeń, idzie się w miarę płasko, dopiero po minięciu dawnej kopani kwarcu schodzi się nieco w dół, żeby potem odbić wraz z czerwonym szlakiem z drogi w las i pod górkę. Ale niedużo. Jakieś 100 metrów, może ciut więcej. Trzeba być czujnym, bo na Wysoką Kopę nie prowadzi żaden znakowany szlak. Po prostu w którymś momencie trafiasz na wiatkę, za którą jest droga w bok od szlaku, prowadząca na najwyższy szczyt Gór Izerskich. Ten na szczęście jest oznaczony tablicą na drzewie, która informuje, że to już tutaj, bo inaczej można by przejść i go nie zauważyć 😉

Na szczycie Wysokiej Kopy w Górach Izerskich

Na tym mogłabyś zakończyć swoją wycieczkę po Górach Izerskich i wrócić do Szklarskiej Poręby, ale przecież nie po to planujesz swój aktywny urlop, żeby poprzestawać na takich krótkich, 15-kilometrowych spacerkach. Dlatego proponuję Ci prawdziwy Tour de Izery i po powrocie z Wysokiej Kopy na czerwony szlak, kontynuowanie wycieczki dalej tymże szlakiem w stronę Przedniej Kopy i Rozdroża pod Kopą, a następnie zmianę barw znaczków na żółte w kierunku Hali Izerskiej. Może się troszkę zmęczysz, ale obiecuję, że będzie warto! Jak już się o tym przekonasz, to z Hali Izerskiej możesz dla odmiany niebieskim szlakiem przejść przez urocze torfowiska w stronę Rozdroża pod Cichą Równią, dalej niebiesko-zielonym do znanego Ci już Zwaliska (albo zamiast do skałek, jak my – dalej drogą i wrócić na szlak dopiero na Rozdrożu pod Zwaliskiem), a potem to już niemalże prosta droga znakowana czerwienią przez Wysoki Kamień i do Szklarskiej.

To wszystko w bardzo telegraficznym skrócie, bowiem Góry Izerskie tak mnie zachwyciły, że nie wiem czy nie poświęcić im osobnego wpisu. Dodam też do tego drobną uwagę – Izery nie są bardzo wymagającymi górami, ale choć mój opis brzmi lekko, łatwo i przyjemnie, przy planowaniu tego dnia weź pod uwagę, że cała opisana powyżej trasa liczy sobie 35 kilometrów. A nie sztuką jest na przykład dojść do Hali Izerskiej i nie mieć już siły wrócić. Dlatego ostrzegam, by mierzyć siły na zamiary i jeśli nie jesteś chociaż w miarę zaprawionym w boju piechurem, to aktywny urlop urlopem, ale jak z Wysokiej Kopy już zawrócisz przez Wysoki Kamień do Szklarskiej, to Ci już wyjdzie wszystkiego razem kilkanaście kilometrów i serio, wstydu nie będzie. Pieczątki do książeczki zdobywców Korony Gór Polski na Wysokiej Kopie nie znajdziesz, ale możesz ją zdobyć zarówno w Chatce Górzystów na Hali Izerskiej, jak i w schronisku Wysoki Kamień. My mamy obie, ale jedna również spokojnie wystarczy 🙂

Dzień 7 – „Dzień Lenia” w Karkonoszach

Szklarska Poręba ma tę zaletę, że z jednej strony otoczona jest Górami Izerskimi, a z drugiej już przytulają się Karkonosze. Po niewątpliwie forsownym poprzednim dniu, dziś proponuję Ci Dzień Lenia. Nie, żeby leżeć brzuchem do góry od rana do wieczora, ale bez większego przemęczania się jeszcze trochę wchłonąć piękna gór.

Plan na dziś to wwieźć dupkę wyciągiem na Halę Szrenicką i potem tylko wdrapać się na Szrenicę i już sobie szczytami zrobić spacerek do Łabskiego Szczytu albo nawet do Śnieżnych Kotłów, jeśli Góry Izerskie nie zmęczyły Cię zanadto. Potem zjechać sobie równie królewsko wyciągiem lub zejść czerwonym szlakiem obok Wodospadu Kamieńczyka i wstąpić jeszcze do Szałasu Sielanka na grzańca bądź dwa z porcją tamtejszego chillu.

Brzmi przyjemnie i niezbyt męcząco? I owszem. Pod warunkiem, że będziesz mieć więcej szczęścia niż my i wyciąg tego dnia będzie działał. My akurat trafiliśmy na silny wiatr, przez co kursowanie krzesełek było zawieszone. Chwilę poczekaliśmy, ale wydawało się to bez sensu, więc postanowiliśmy udać się na Halę Szrenicką (a potem na Szrenicę) na nogach. To tyle jeśli chodzi o Dzień Lenia. Ponieważ wyszliśmy z domu dość późno, to już o żadnej dłuższej trasie mowy być nie mogło, a i trzeba przyznać, że na samej Szrenicy faktycznie wiało naprawdę mocno, chwilami ciężko mi było ustać na nogach przy mocniejszych podmuchach, więc i spacerki szczytami w tych warunkach mogłyby być nieszczególnie przyjemne.

Ostatecznie więc wykonaliśmy plan częściowo – lenistwa nie było, Łabskiego Szczytu, a tym bardziej Śnieżnych Kotłów również nie, za to wspięliśmy się na Szrenicę, posiedzieliśmy chwil parę w Schronisku na Hali Szrenickiej i zeszliśmy czerwonym szlakiem, by zalegnąć w Szałasie przy Kamieńczyku.

Łącznie zrobiliśmy tego dnia trasę na prawie 20 km. Lenistwo jak się patrzy!

Dzień 8 – Szklarska Poręba – Jelenia Góra

To kolejny dzień transferowy, w którym nie musisz się nigdzie spieszyć, bo ze Szklarskiej Poręby do Jeleniej Góry jest przysłowiowy rzut beretem, dlatego warto jeszcze po drodze zatrzymać się na dłuższą chwilę przy Wodospadzie Szklarki.

To drugi najbardziej znany wodospad w Karkonoszach i bardzo urocze miejsce, szczególnie poza sezonem, kiedy nie ma tam tłumów ludzi. W październiku było idealnie. Jak do samego wodospadu dodać jeszcze deszcz żółtych liści opadających przy silniejszych podmuchach wiatru na wodę, to już w ogóle zachwyt murowany. Kaskadę można podziwiać zarówno z platformy widokowej na dole, jak i z góry. A na osłodę pożegnania z Karkonoszami polecić mogę ciastko z kawką w tutejszym Schronisku Kochanówka.

Dalej to już prosta droga do Jeleniej Góry, zakwaterowanie i resztę dnia można spędzić na niespiesznym przechadzaniu się po ulicach Jeleniej, ewentualnie upatrzyć sobie jakiś obiekt w okolicy (a tych tu niemało) i urządzić sobie doń krótką wycieczkę. Jeśli chodzi o nocleg w Jeleniej, to z czystym sumieniem mogę polecić Apartament u Sikorek. Trochę przypadek, a może i przeznaczenie, sprawiło, że trzy noce spędziliśmy właśnie w tym miejscu, ale byliśmy nim zachwyceni. Pierwotnie mieliśmy zarezerwowany inny nocleg, choć na ten obiekt też patrzyłam z zainteresowaniem, ale… na miejscu okazało się, że coś poszło nie tak z systemem rezerwacyjnym i w miejscu naszego noclegu ktoś jest już zakwaterowany. Dość sprawna akcja zmiany rezerwacji i znaleźliśmy miejsce u Sikorek właśnie. Nie żałowaliśmy, wszystko nam się tam podobało. Właściwie jedynym powodem, dla którego nie zarezerwowałam tam noclegu od razu, była odległość od rynku w Jeleniej – to jednak taki solidny półgodzinny spacer w jedną stronę. Ale koniec końców nie było to żadnym problemem, wszak po pierwsze to przecież aktywny urlop, a po drugie – czymże jest taki spacerek po tylu kilometrach zrobionych dotąd w górach? No bułka z masłem 🙂

Dzień 9 – Góry Kaczawskie

Góry Kaczawskie to pasmo niewielkich, przeważnie porośniętych lasem górek na północny-wschód od Jeleniej Góry. Nie są chyba zbyt popularne, nie mają też gęstej sieci szlaków turystycznych, nie widziałam też zaznaczonych na mapie żadnych schronisk. Na południe od nich, w Górach Sokolich, jest dość znane Schronisko Szwajcarka, ale tu – po północnej stronie drogi krajowej numer 3 – pusto. Z jednej strony to plus, jeśli masz ochotę powędrować po niezbyt ambitnych szlakach bez tłumu przypadkowych towarzyszy po drodze, ale z drugiej – no nic tam nie ma. Poza obłędnymi widokami na Góry Sokole właśnie, Rudawy Janowickie i Karkonosze w tle. Te potrafią prawdziwie zawrócić w głowie!

Aktywny urlop w górach widok z Gór Kaczawskich na Góry Sokole i Karkonosze
Widok z gór Kaczawskich w stronę Karkonoszy

Nasz plan na aktywny urlop w górach obejmował zdobycie pięciu szczytów z korony Gór Polski i to właśnie był cel na dziś – wdrapać się na Skopiec (724 m n.p.m.). Można to zrobić na kilka sposobów: podjechać PKSem do Radomierza i stamtąd udać się pod górę niebieskim szlakiem (którego przebieg na mapie odbiegał mocno od rzeczywistości w terenie), można też podjechać busem ub PKSem do Wojcieszowa i stamtąd ruszyć szlakiem żółtym, albo pojechać jeszcze bliżej – do Komarna komunikacją miejską z Jeleniej i stamtąd to już tylko trochę sapania pod górkę na żółtym szlaku i zaraz rzut beretem wzdłuż niebieskich znaczków na sam szczyt. Istnieje też wariant dla wybitnie leniwych – podjechać samochodem w górę Komarna na parking niemal pod samym Skopcem, przejść się kawałek niebieskim szlakiem na sam szczyt i zejść. Ale tego zdecydowanie nie polecam. Po pierwsze – co to za zdobywanie szczytu? A po drugie – pozbawiasz się w ten sposób tego, co na tym szlaku jest najcudowniejsze – oszałamiających widoków. No i to jednak ciągle jest aktywny urlop, nawet jeśli już się kończy!

My wybraliśmy wariant pierwszy. Po tym, jak pierwszy PKS o 8:15 nie przyjechał, szczęśliwie udało się dojechać do Radomierza kolejnym o 9:10. Mieliśmy cały autobus tylko dla siebie i przemiłego Pana Kierowcę, który okazał się być bardzo ciekawym człowiekiem, w wolnych chwilach biegającym po górach (był pewnie ze 2 razy starszy od nas, a jestem pewna, że miał dużo lepszą kondycję ode mnie!). Pogodę mieliśmy cudowną, słońce od rana świeciło pięknie, chociaż… silne wiatry z gór przyniosły istotne ochłodzenie i nad ranem tu i ówdzie były przymrozki, a wiatr nadal był mocny i ostry. W wędrówce nam to jednak nie przeszkadzało. Z Radomierza udaliśmy się niebieskim szlakiem, który według mapy powinien iść leśną ścieżką, a w terenie wiódł asfaltową drogą w stronę Komarna i dopiero w samej miejscowości odbijał gdzieś w pola. Straciwszy do niego zaufanie, postanowiliśmy z Komarna podążyć pod górę dalej szlakiem żółtym. Oba szlaki spotykają się zresztą niedaleko przed szczytem Skopca.

Żółto-niebieski szlak prowadzący w stronę Skopca w Górach Kaczawskich

Sam Skopiec porośnięty jest lasem, więc na widoki z najwyższego szczytu Gór Kaczawskich nie ma co liczyć. Można tam za to znaleźć metalową skrzyneczkę, w której mieszka pieczątka z całym do niej oprzyrządowaniem i nawet była tam paczka chusteczek, gdyby ktoś się na przykład ufafolił tuszem. Bardzo uprzejme. Cała konstrukcja skrzyneczki opierała się na systemie żyłek, którymi poszczególne elementy zawartości były przytwierdzone do opakowania, a i sama skrzyneczka również zamykana była taką żyłką. Sprytne. Ciekawe ilu ludziom oszczędziło to upuszczenia pieczątki i szukania jej gdzieś pośród kamieni i krzaków?

Na szczycie - Skopiec - Góry Kaczawskie

Właściwie na tym można by zakończyć wędrówkę po Górach Kaczawskich i cały ten aktywny urlop, ale my postanowiliśmy jeszcze te parę kilometrów dorzucić i kontynuować nasz spacer niebieskim szlakiem, wzdłuż pasma aż do miejscowości Dziwiszów. Jeśli też się na to zdecydujesz, gwarantuję, że nie będziesz żałować. Widoki na góry na południu oraz rozległe pola i łąki, na które co jakiś czas wychodzi się z lasu, naprawdę cieszą oczy. Poza tym idzie się tu tak przyjemnie, że aż żal to przerywać i wracać do domu. Odcinek od Radomierza przez Komarno i Skopiec do Dziwiszowa ma jakieś 16 km. Można oczywiście pokusić się o kontynuację wędrówki niebieskim szlakiem dalej przez Okole i Leśniak do Płoszczyny, a potem szlakiem rowerowym do Jeżowa Sudeckiego i stamtąd wracać do Jeleniej, ale to już wtedy robi się znów 30 km, więc dobrze to przemyśl. My nie chcieliśmy się tego ostatniego dnia już zamęczyć. Woleliśmy wrócić spokojnie do Jeleniej, zjeść coś dobrego i pójść na zasłużone piwo 😉

Dzień 10 – Czy w Jeleniej są jelenie?

Tym samym nasz aktywny urlop dobiegł końca. Pierwotnie myśleliśmy tego dnia już wracać do domu, ale ostatecznie postanowiliśmy zostać jeszcze chwilę w Jeleniej. Pospacerować sobie po mieście bez planu, odwiedzić parę knajpek, polenić się i pourlopować już nie całkiem aktywnie. W okolicy Jeleniej znajduje się mnóstwo atrakcji, które warto odwiedzić. Jeśli lubisz muzea, możesz udać się do Muzeum Karkonoskiego lub Muzeum Historii i Militariów. Masz ochotę na chwilę relaksu? Termy Cieplickie mogą być miejscem właśnie dla Ciebie. Albo Zamek Chojnik z jego historią i tajemnicami? Albo zaginione laboratorium Hitlera w Kamiennej Górze (Projekt Arado)? Pałac na Wodzie? Lub najwyższa w Polsce zapora kamienna i najwyższy most kolejowy w Pilchowicach? Znajdzie się coś dla każdego!

Tego ostatniego dnia pogoda nie zachęcała do ambitnych spacerów, dlatego weszliśmy sobie jedynie na Wieżę Zamkową – jedyny zachowany element dawnej bramy miejskiej, która dziś jest bezpłatnym punktem widokowym, skąd można podziwiać zarówno Jelenią, jak i otaczające ją góry. Przez chwilę trochę poszukiwaliśmy jelonków, które w postaci przeróżnych rzeźb i malowideł można odnaleźć w różnych częściach miasta i to też może stanowić ciekawy sposób na jego zwiedzanie. Ostatecznie postawiliśmy jednak na leniwy spacer od lokalu do lokalu kosztując a to wybornej kawy, a to innych trunków (tu szczególnie możemy polecić Pub Metafora przy Placu Ratuszowym! Ten klimat!), rozmawiając przy tym na tematy wszelkie, ciesząc się udanym urlopem i snując kolejne plany.

Jeśli spodobał Ci się mój wpis, będzie mi miło, gdy go udostępnisz 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *