Melbourne – miasto z historią

panorama City of Melbourne z King Domain

Tym razem zabieram Cię do Melbourne, miasta założonego przez syna skazańca z Sydney, miasta, gdzie XIX wiek spotyka się z wiekiem XXI i piją razem popołudniową kawę. Podobno tutaj jest najlepsza.

Melbourne zostało założone jako niewielka osada w latach 30-tych XIX wieku (natknęłam się na datę 1835, ale też 1838 i nie wiem która jest prawdziwa). Gorączka złota, jaka opanowała wkrótce stan Wiktoria (więcej o tym możesz poczytać tutaj), spowodowała, że miasto szybko urosło do całkiem sporej metropolii. Ze wszystkich stron świata ściągali tu ludzie, którzy marzyli o wzbogaceniu się na handlu szlachetnym metalem. Ponowna fala wielkiej imigracji miała miejsce po II Wojnie Światowej. Dziś trudno byłoby znaleźć narodowość, której przedstawicieli tu nie ma.

Jeśli istnieje jakieś idealne miejsce do życia, to Melbourne jest mocnym kandydatem, o czym świadczy jego wysoka pozycja w różnego rodzaju rankingach tego typu. Nie może być inaczej, skoro zostało założone przez samego Batmana (owym synem skazańca był John Batman 😉 ). Sydney pewnie by się z tym nie zgodziło, na co Melbourne odparłoby, że to z zazdrości, bowiem Sydney zwykle znajduje się w tych rankingach niżej. Animozje między dwoma miastami przejawiają się z niezliczonej ilości żartów i wzajemnych przytyków. Coś jak u nas Kraków i Warszawa. Tylko w wersji australijskiej.

Spędziłam tu kilka tygodni, choć trudno byłoby policzyć ile dokładnie, bowiem co i rusz opuszczałam miasto i do niego wracałam. Mieszkałam u znajomych, na dalekich przedmieściach, więc do centrum jeździłam pociągiem (ok. 1h drogi), a Flinders Street Station nie miała w tamtym czasie przede mną tajemnic. Jeśli chodzi o Melbourne, to… nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Może dlatego, że rozpoczęłam jego poznawanie od Federation Square 😉 Ale kiedy nasza znajomość nieco się już rozwinęła… Tęsknię okrutnie!

Nie popełnij mojego błędu!

Zanim pierwszy raz pojechałam zwiedzać Melbourne, Zosia, u której mieszkałam, poleciła mi zobaczyć Federation Square. Była ciekawa moich wrażeń. Wysiadałam z pociągu na Flinders Street, więc o zobaczenie placu nie było trudno. Jest zaraz obok.

Jeśli kiedykolwiek będziesz w Melbourne, nie popełniaj proszę mojego błędu. Zacznij od Swanston Street, od Brunswick w dzielnicy Fitzroy, od spaceru wzdłuż rzeki Yarra, od czegokolwiek, byle nie od Federation Square. W tym mieście naprawdę można się zakochać, ale jeśli Twoim oczom jako pierwszy ukaże się ten plac, może to być trudniejsze.

Znajduje się on w samym centrum miasta. Jest to duże centrum sztuki i kultury, miejsce różnych wydarzeń z tego obszaru. Decyzja o jego budowie zapadła w 1996 roku i miał on być otwarty w 2001 na setną rocznicę powstania Federacji Australii. Ostatecznie, po różnych perypetiach, plac oddano do użytku rok później, 26.10.2002 roku. Jego budowa czterokrotnie przekroczyła zakładany budżet. Wokół placu narosło wiele kontrowersji, a władze miasta już na starcie go zdeklasowały. W Australii bowiem panował zwyczaj, że różne istotne dla kraju miejsca, otwierała Królowa Elżbieta II. Federation Square, zapowiadany z pompą na setne urodziny Australii, a potem spóźniony – nie. Co więcej, Królowej nawet na jego otwarcie nie zaproszono.

Co do wyglądu… to oczywiście rzecz gustu, ale mieszkańcy są tu podzieleni. Jednym się podoba, innym nie. Moje pierwsze wrażenie brzmiało: “matko, kto tak zepsuł ten kawałek przestrzeni?!”. Potem można przywyknąć, ale jeśli Melbourne to ma być miłość od pierwszego wejrzenia, to na pewno nie na Federation Square!

Federation Square Melbourne

Melbourne – przewodnik subiektywny w 7 krokach

1. Swanston Street i okolice

To jest rdzeń miasta. Początek. Najstarsza jego część, od której wszystko się zaczęło. Znajduje się w ścisłym centrum, więc tak naprawdę nie ma możliwości, żebyś tu nie zawędrował. Szczególnie jeśli, tak jak ja, rozpoczniesz zwiedzanie Melbourne od stacji kolejowej przy Flinders Street. Wówczas proponuję skierować się najpierw w stronę Swanston Street, a Federation Square zostawić na kiedy indziej 😉 Jak już zdążysz się w tym mieście zakochać.

Swanston Street to oryginalne centrum Melbourne. Przy tej ulicy znajdziesz stary budynek ratusza, słynny Regent Theatre oraz Katedrę Św. Pawła. W okolicach najstarszej ulicy w mieście znajdziesz równie stary budynek poczty, parę kościołów, ceglany budynek łaźni miejskiej oraz budynek sądu i więzienia stanu Wiktoria (podobno nocne zwiedzanie tego ostatniego warte jest niewyspania!). A jeśli zechcesz skręcić w północno-wschodnią część ulicy Lonsdale, trafisz prosto do chińskiej dzielnicy.

Przy Flinders Street znajduje się jeszcze całkiem ciekawe Muzeum Imigracji.

O ile nie jestem przesadną fanką zwiedzania muzeów, kościołów i tym podobnych, to warto te miejsca sobie zanotować do rozważenia na wypadek, gdyby pogoda utrudniała zwykłe wałęsanie się po mieście (gdyby padało albo ukrop z nieba zmuszał do szukania miejscówki z klimatyzacją). Warto natomiast przespacerować się okolicznymi uliczkami, by poczuć prawdziwy klimat miasta. Tu bowiem architektura okresu wiktoriańskiego spotyka się z nowoczesną i uważam, że całkiem dobrze im to razem wychodzi.

2. Docklands

Od bagien po szkło i stal – tak można by najkrócej podsumować historię tej dzielnicy. Patrząc na dzisiejsze Docklands w Melbourne, trudno sobie wyobrazić, że kiedyś na tych terenach były mokradła. A były i zamieszkiwali je Aborygeni z plemienia Wurundjeri.

To właśnie tu, na wzgórzu, które nazwano jego imieniem, osiedlił się John Batman, założyciel osady, która rozrosła się przez lata w dzisiejsze Melbourne. W przewodniku po Australii wyczytałam, że Batman “kupił” ten kawałek ziemi od Aborygenów. Nie wiem co znaczy ten cudzysłów ani ile zapłacił, ale dziś, gdyby chciał zamieszkać w Docklands, musiałby wydać fortunę. Niewielki domek w tej dzielnicy, a nawet apartament, to często koszt miliona lub więcej dolarów australijskich.

Nie trzeba jednak od razu kupować tam chaty, żeby móc nacieszyć się przestrzenią Docklands, dającą pewną ulgę od ścisku centrum miasta, pospacerować nabrzeżem zatoki, pomarzyć o dalekich rejsach patrząc na przycumowane do pomostów jachty, nawdychać się zapachu wody i… obejrzeć miliony żółtych meduz, które w niej żyją (masowo zwłaszcza latem).

Mnie osobiście Docklands zapadło w pamięci bardzo przyjemnie i nawet przez chwilę myślałam, by może kiedyś kupić tam apartament z widokiem na zatokę. No taki żarcik, ale jak już mieć cel w życiu, to z pompą! Podobał mi się spokój, sporo przestrzeni, drobne rzeźby urozmaicające alejki i nabrzeże, St. Mangos Lane (nie wiem skąd taka nazwa, ale wielbię mango, więc wystarczyło mi zobaczyć to w nazwie i już serduszko zabiło mi mocniej) oraz moja ulubiona rzeźba Krowy na drzewie.

Dokładnie tak nazywa się rzeźba Johna Kelly’ego, którą można podziwiać w Docklands. To jakieś 5 ton brązu i 8 metrów abstrakcji. Czy aby na pewno? Niezupełnie, bowiem inspiracja jest całkiem realna. Autor zobaczył kiedyś zdjęcia bydła uwięzionego w gałęziach drzew w czasie powodzi w Gippsland (stan Victoria). Dodatkowo wplątany jest tu wątek wojenny i… oszukiwanie japońskich pilotów przy pomocy papierowych krów..

Czy ktoś jeszcze ma wątpliwości, że Australia jest ciekawa? 😀

3. Dzielnica Fitzroy i ulica Brunswick

Fitzroy – pierwotnie zaplanowane jako przedmieścia, dziś jedna z dzielnic Melbourne, położona na północny-wschód od centrum. Dawniej zamieszkiwana przez robotników, później stała się habitatem studentów i wszelkiej maści artystów, co uczyniło z niej znane centrum kulturalne miasta.

Główną ulicą Fitzroy jest Brunswick Street z licznymi sklepami w stylu vintage, restauracjami, kafejkami, barami i… klubami nocnymi. Drugą znaną ulicą w okolicy jest Gertrude Street, gdzie zgromadziły się sklepy muzyczne.

W różnych zakątkach dzielnicy o różnych porach można trafić na uliczne koncerty i inne występy artystów, ale najbardziej i na stałe wzrok przyciągają malunki na ścianach. Jest ich tu mnóstwo, niektóre z przesłaniem, inne zabawne, krzyczą kolorami z niemal co drugiej ściany. Jeżeli lubisz street art – Fitzroy będzie dla Ciebie rajem 🙂 Jeśli niekoniecznie, i tak warto tu przyjechać i obejrzeć 🙂

4. St. Kilda

Położona tuż nad morzem St. Kilda, kiedyś pełniła rolę miejscowości letniskowej dla Melbourne. Z czasem miasto tak się rozrosło, że praktycznie i ją wchłonęło.

To idealne miejsce na wieczorny spacer po plaży i romantyczny zachód słońca z widokiem na miasto. Uroku dodaje molo wybudowane w 1857 roku, które stoi do dziś. Wzdłuż morza ciągnie się betonowa promenada, a plaża przy dobrej pogodzie pełna jest ludzi, którzy grają w siatkówkę plażową, spacerują albo siedzą na piasku lub murku w gronie znajomych, rozmawiają i piją piwo. Totalny luz. Ale też podobno nie jest takim całkiem świetnym pomysłem samotne buszowanie po dzielnicy po zmroku, więc lepiej uważać.

Z ciekawostek: to właśnie tu znajduje się najstarszy lunapark w Australii i można w okolicach plaży spotkać… pingwiny. Dokładniej to pingwinki małe (niebieskie) – te same, o których pisałam przy okazji Phillip Island. Oczywiście jeśli uda Ci się przedrzeć przez tłum gapiów. Z tego powodu, to na spotkanie z pingwinkami jednak polecam wyspę.

5. Royal Botanic Gardens i Kings Domain

Kto mnie zna, ten wie, że nie byłabym sobą, gdybym podarowała sobie wizytę w tutejszym Królewskim Ogrodzie Botanicznym. Oba, sąsiadujące ze sobą, ogrody – zarówno Royal Botanic Gardens, jak i King Domain – powstały w 1852 roku na otaczających Melbourne mokradłach. Do największych atrakcji tego drugiego można zaliczyć Government House (siedziba gubernatora stanu Wiktoria), utrzymany we francuskim stylu Ogród Pionierek (Pioneer Women’s Garden), który utworzono w 1934 roku dla upamiętnienia trudu pierwszych kobiet zasiedlających stan Wiktoria oraz Świątynię Pamięci (Shrine of Remembrance), wybudowaną ku czci australijskich żołnierzy poległych w walce i inspirowaną opisem starożytnego mauzoleum w Halikarnasie.

Jeśli chwilowo znuży Cię zgiełk miasta i tłumy ludzi na ulicach, z pewnością znajdziesz tu błogą ciszę i spokój, dużo zieleni, świergot ptaków (a czasem wrzask papug 😉 ), a w upalny dzień sporą dawkę cienia i chłodu od tutejszych roślin. To również doskonałe miejsce na przyjemny piknik na trawie. Że o bliższym poznaniu australijskiej flory i fauny nie wspomnę 😉

6. Spacer wzdłuż rzeki Yarra

Melbourne położone jest nad rzeką Yarra. Płynie ona przez południową część stanu Wiktoria i ma swoje źródło w Górach Yarra (Yarra Ranges), a w tych górach przedziera się przez Dolinę Yarra do kompletu. Żeby nie było wątpliwości. Rzeka kończy swój bieg w Zatoce Hobsons (Hobsons Bay), która jest częścią zatoki w Port Phillip. Łącznie ma 242 km długości, co może nie jest szałem, jak na nasze standardy, ale na standardy australijskie niezłym wyczynem jest już to, że Yarra płynie cały rok. Nie wszystkie rzeki w Australii to potrafią. Co ciekawe, jest najdalej na zachód położoną rzeką, która jest zasilania przez topniejące śniegi.

W języku oryginalnie mieszkających tu Aborygenów z plemienia Wurundjeri, rzeka nazywała się Birrarung. Jej obecna nazwa natomiast wzięła się prawdopodobnie z… niezrozumienia. Nową nazwę upowszechnił John Helder Wedge, eksplorator i polityk Ziemi Van Diemena (obecnie Tasmania), a pochodzi ona od aborygeńskiego “yarra-yarra”, co oznaczało “wiecznie płynąca”. Tak oto wyjątkowe zdolności rzeki Yarra znalazły odzwierciedlenie w jej oficjalnej nazwie.

Gorączka złota, jaka w XIX wieku opanowała Wiktorię, przyczyniła się do szybkiego rozwoju Melbourne, a obecność spławnej rzeki tylko w tym pomagała. W tym okresie też pojawiły się pierwsze mosty, a potem tunele łączące oba brzegi Melbourne. Pierwszym mostem był Princes Bridge (oryginalnie pisany z apostrofem), nazwany tak na cześć Alberta Księcia Walii. Most Książęcy nadal jest ważnym elementem komunikacyjnym w Melbourne, ale nie daj się nabrać – niby pierwszy, ale tak naprawdę trzeci. To znaczy obecnie jest to trzecia wersja tego mostu, którego historia przypomina nieco bajkę o trzech świnkach i ich domkach (wcześniej był most drewniany i kamienny, obecnie jest stalowy).

Rzeka nadal jest ważna dla Melbourne. Wokół niej skupiają się centra targowe i konferencyjne. Popularne są sporty wodne typu wioślarstwo. A ja osobiście polecam spacer wzdłuż jej brzegu 🙂

7. Eureka Skydeck Tower

Masz ochotę popatrzeć na Melbourne z góry? Czy 88. piętro wystarczy? Jeśli tak, Eureka Skydeck Tower, najwyższy budynek na półkuli południowej, jest miejscem, które musisz odwiedzić. Po zakupieniu biletów wstępu, możesz wjechać na wysokość niemal 300 metrów, a za dodatkową opłatą, możesz dodać sobie adrenaliny i znaleźć się w szklanym sześcianie, który wysuwa się ze ściany budynku.

Nazwa wieżowca pochodzi od rebelii, jaka wybuchła w stanie Wiktoria w czasie gorączki złota, którą określono mianem Eureka Stockade. Nawiązuje do tych wydarzeń również jego wygląd: złote zwieńczenie wieży budynku i pozłacane obramowania okien.

Eureka Skydeck Tower

Dobrym pomysłem jest się tam udać na wieczór, wówczas masz możliwość podziwiania panoramy miasta przy świetle jeszcze dziennym, a znaleźć się w szklanej kostce już w nocy, kiedy w dole migoczą światła ulic, budynków i samochodów. Wrażenia obłędne. Jest tylko jeden minus takiego rozwiązania – inni też na to wpadli, w związku z tym przygotuj się na tłumy i długie czekanie w środku. Gospodarz wieży oczywiście i to uwzględnił, więc poza chodzeniem w kółko i podziwianiem Melbourne z każdej możliwej strony, możesz zjeść coś lub wypić w tamtejszej restauracji (tu również obowiązuje zasada: im wyżej, tym drożej) albo… wysłać pocztówkę z najwyżej umiejscowionej skrzynki pocztowej w Australii! 🙂

Co do szklanej kostki, dwie uwagi:

  • to nie jest tylko tak, że wchodzi się do kostki, drzwi się zamykają, kostka wyjeżdża ze ściany i o co ten cały szum – zadbano o lekki wyrzut adrenaliny w środku i powiem, że warto się tam znaleźć, choćby po to, by zobaczyć jak ludzie reagują (byłam jedną z dwóch osób, które pozostały niewzruszone i tylko patrzyłam z ubawieniem co ci ludzie robią, a było śmiesznie 😉 );
  • wydaje się, że to dość popularne miejsce do… zaręczyn. Nie zdziw się więc jak nagle któryś młodzieniec osunie się na kolanko 🙂

Nie tylko Melbourne

Jeżeli kiedyś zdarzy Ci się zatrzymać w mieście na nieco dłużej, na tyle, że miejska atmosfera zdąży Cię nieco znużyć i zapragniesz jakiejś odmiany, mam dla Ciebie trzy propozycje jednodniowych wypadów poza metropolię. Każdy inny i każdy na swój sposób ciekawy:

  • wycieczka na Phillip Island – w Melbourne w różnych miejscach, między innymi na Southern Cross Station, można taką wycieczkę nabyć. Głównym jej celem jest zobaczenie wieczornej (nie wiem czy są też poranne, ale pewnie tak) migracji niebieskich pingwinków z morza na ląd i ich powrót do swoich norek. Ale poza tym można zobaczyć piękne wybrzeża wyspy, spotkać foki, czarne łabędzie i wallabies (małe kangurki) oraz przeżyć mnóstwo innych mikroprzygód. Więcej o wyspie, pingwinkach i moich wrażeniach z niej okraszonych bujnie zdjęciami znajdziesz —> tutaj.
  • Ballarat i Sovereign Hill – gdzie możesz przenieść się do czasów gorączki złota w Australii, dowiedzieć się jak pozyskiwano ten cenny metal, jak wyglądała kiedyś szkoła, jak robiono różne sprzęty, koła do wozów, a nawet słodycze (które będziesz mógł sam sobie zrobić i potem ze smakiem zjeść!). Brzmi ciekawie? to zerknij jeszcze —> tutaj.
  • krótki skok nad morze – na przykład do Geelong. To doskonały pomysł, jeśli zwiedzanie już Cię trochę zmęczyło i masz ochotę po prostu posadzić zadek na plaży i zrelaksować się na słonku słuchając szumu fal albo jeżeli marzy Ci się… nauczyć się surfować! Serdecznie polecam!
plaża w Geelong okolice Melbourne

Spodobał Ci się mój wpis? Będzie mi miło jak go skomentujesz lub udostępnisz dalej! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *