Można żyć bez marzeń…

fontanna lew na tle budynku statku Singapur

Jest niedzielne, październikowe popołudnie. Cisza, spokój, jakiś ptak kwili za oknem, a słońce świeci mi prosto w twarz. Nie zasuwam rolet. Niech świeci. Przed nami długie, szare miesiące polskiej jesieniozimy i za tymi chwilami ze słońcem z pewnością będę tęsknić.

Zrobiłam sobie herbaty o nazwie „Singapore ginger” i… zatęskniłam 🙂

To zaraz będzie 7 lat od chwili kiedy, wracając z Australii, wylądowałam na stop-over w Singapurze. Nie miał być to długi pobyt, ledwie dwie doby przerwy w długiej podróży do Europy. Niemniej starałam się je spędzić intensywnie, na ile czas i resztki budżetu pozwalały.

Pierwsze moje wrażenie z Singapuru zapierało dech w piersi. I to dosłownie! 🙂 Wylądowałam dość późno wieczorem. Było już ciemno, ale temperatura powietrza nadal wynosiła ok. 30 st C. Odebrawszy swój bagaż, przeszłam przez halę klimatyzowanego lotniska, rozsunęły się szklane drzwi prowadzące na zewnątrz i… odruchowo nabrałam powietrza do płuc dosłownie zderzywszy się ze ścianą gęstego powietrza. Nic dziwnego – Singapur leży niedaleko równika, a to oznacza bardzo dużą wilgotność powietrza, które staje się przez to gęstą, klejącą masą.

Zatrzymałam się wtedy w niewielkim hostelu w hinduskiej dzielnicy Singapuru, do którego z lotniska musiałam dojechać metrem. To dość dziwne uczucie, kiedy jesteś jedyną blondwłosą białą dziewczyną w całym wagonie metra 😉 Singapurczycy jednak nie byli zbyt nachalni w spojrzeniach. Jeden podszedł do mnie i zagadał, ale raczej z troski czy aby na pewno wiem dokąd jadę, ale jak zobaczył moje notatki i mapkę z dojazdem do hostelu, uznał, że raczej sobie poradzę i nikt już mnie więcej nie zaczepiał. Tak było mniej więcej przez cały mój pobyt w Singapurze – wprawdzie stanowiłam pewną aberrację, ale zainteresowanie mną, jeśli było, to dyskretne.

Jadąc metrem, zetknęłam się z jednym z przejawów różnic kulturowych – otóż w naszych okolicach jest duża presja na piękną wakacyjną opaleniznę. Sama po niespełna dwóch miesiącach w Australii siłą rzeczy byłam opalona jak chyba nigdy w życiu. W metrze, a potem i w innych miejscach, zetknęłam się z zupełnie innym trendem – reklamami środków do wybielania skóry, bardzo popularnych podobno wśród Azjatek. Bo tam odwrotnie – im bielsza skóra – tym piękniej. Stąd często można spotkać Azjatki paradujące z delikatnymi parasolkami w słoneczne dni – żeby ani jeden promyczek nie pociemnił ich skóry.

Jako, że do Singapuru przyleciałam wieczorem, tam naprawdę miałam do dyspozycji tylko następny dzień i jeszcze sporą część kolejnego – do wieczora, kiedy to wylatywałam już z powrotem do Europy. W związku z tym nie miałam konkretnego planu zwiedzania – ot, tak sobie połazić trochę po mieście, a w drugim dniu udałam się do ogrodu botanicznego, bo jako niespełniony biolog uwielbiam takie miejsca. A oto parę zdjęć:

Bo tak oto słońce już powoli zachodzi, a imbirowa herbata została wypita. I rozmarzyłam się 🙂 Ostatnie długie miesiące zmusiły mnie do większego zajęcia się surową rzeczywistością wokół, ale.. może już czas wrócić do marzeń i ich realizowania. Wszak, no właśnie – można żyć bez marzeń… tylko po co?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *