Ostatni przystanek: Sydney na 1 dzień

Opera w Sydney o zachodzie słońca

Przedstawiam Ci miasto, które najczęściej jest wymieniane jako stolica Australii, ale nigdy nią nawet nie było. Miasto, które gdyby było człowiekiem, zapewne byłoby tym inteligentnym, przystojnym kolegą, który nie wiesz dlaczego, ale Cię irytuje. A mimo to spotkałabyś się z nim jeszcze raz, choćby po to, by znów powymieniać złośliwości.

Długo zastanawiałam się jak powinnam zatytułować ten wpis. Jak nie zwiedzać Sydney? Jakich błędów lepiej nie popełniać? Jak nie planować swojego pobytu tu? We wszystkich tych tematach mogę być ekspertem.

W Sydney spędziłam w sumie dwa dni i jedną szczególną noc kiedy kończył się rok 2012, a zaczynał 2013. O Nowym Roku w Sydney pisałam już kiedyś na blogu (o tutaj), teraz przyszedł czas, by napisać parę słów o samym mieście. A jest o czym, bo wszystkie wtopy, których nie popełniłam podczas całej mojej podróży po Australii, skumulowały się właśnie tutaj. Zacznijmy od tego, że spóźniłam się z przyjazdem o dobę…

Szczęśliwi czasu nie liczą

Do dziś nie wiem jakimi to krętymi ścieżkami mój umysł podążał w tamtych dniach. O tym, że punktualność to nie jest moje drugie imię, wie każdy, kto choć raz się ze mną gdziekolwiek umówił. Dlatego wszyscy moi znajomi rżeli jak dzikie konie, kiedy im powiedziałam, że zamierzam przejechać pół Australii pociągiem, który poza sezonem jeździ raz w tygodniu. Ale tym razem przeszłam samą siebie.

Opuściłam Melbourne 30 grudnia wieczorem, by nocnym pociągiem udać się do Sydney, ostatniego przystanku w mojej australijskiej przygodzie. Na tej trasie trwały wtedy jakieś prace remontowe, dlatego do Albury jechało się autokarem, a dopiero stamtąd koleją.

Stacja kolejowa w Albury na trasie Melbourne - Sydney

Do celu dotarłam w ostatni dzień roku 2012 rano. Od razu po wyjściu na peron zaczęłam szukać jakiejś mapki tutejszej komunikacji miejskiej, żeby się zorientować jak najprościej mogę dojechać do kampusu Macquarie University, gdzie w wiosce studenckiej miałam zarezerwowany nocleg. Chwilę mi to zajęło, ale w końcu rozwiązałam łamigłówkę transportu miejskiego w Sydney. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Do uniwersytetu dojechałam bez większych przygód. Ale gdy tylko wydobyłam się z podziemi stacji metra, uderzył mnie żar. Było wcześnie rano, a upał już nie wykazywał żadnej litości. Był koniec grudnia, środek australijskiego lata. Do kampusu musiałam przejść ze dwie ulice, ale ta droga jakoś mi się dłużyła. W końcu doszłam. Znalazłam budynek recepcji i weszłam do środka.

Tam przy kontuarze kręcił się już lekki tłum ludzi, musiałam więc chwilę poczekać zanim mogłam się zameldować. Dziewczyna z recepcji, po zapisaniu mojego nazwiska, poprosiła mnie o poczekanie chwilę w pomieszczeniu obok, które było czymś w rodzaju świetlicy. Z przyjemnością udałam się do chłodnego zakamarka, gdzie można było na chwilę usiąść. Po około kwadransie inna dziewczyna podeszła do mnie.

– Nie miała być tu Pani wczoraj? – zapytała.

Zdębiałam. No w życiu! Rezerwację miałam dopiero od dziś, byłam o tym święcie przekonana. Wszystkie potwierdzenia rezerwacji i zapłaty miałam wydrukowane w mojej teczce podróży. Przecież wiem, co tam mam.

– Nie wydaje mi się – odpowiedziałam, rozpinając plecak i wydłubując z niego teczkę z wydrukowanymi kartkami. – Zaraz sprawdzę…

Powiedziałam dobywając odpowiednią kartkę…. na której jak wół było napisane “30.12.2012”.

Zrobiło mi się naprawdę ciepło. To nie było łatwe znaleźć jakikolwiek nocleg w Sydney w okolicach Sylwestra, a jeszcze w tak przystępnej cenie to już w ogóle niemal cud. Przez chwilę przez głowę przelatywały mi różne scenariusze bezdomności w największym mieście tego kraju.

Na szczęście okazało się, że ponieważ zapłaciłam za całość rezerwacji wcześniej, Uniwersytet nie zrobił overbookingu i pokój dla mnie był. Czekał tę dobę, kiedy ja jeszcze żegnałam się z Melbourne. Byłam tak mocno przekonana, że zrobiłam tę rezerwację dopiero na 31 grudnia, że ani razu przed wyjazdem nawet tego nie sprawdziłam. Niewiarygodne! Przez dwa miesiące w Australii udało mi się nie spóźnić ani razu nigdzie. Na ostatni przystanek spóźniłam się aż o dobę! Tym samym straciłam jeden dzień na zaprzyjaźnienie się z Sydney i to istotnie zaważyło na naszych relacjach.

Sylwester marzeń, które prawie się nie spełniły

Jako dziecko co roku oglądałam w telewizji fajerwerki wybuchające nad słynnym mostem i operą w Sydney. W Polsce zawsze jest wtedy wczesne popołudnie, a tam, na końcu świata, zaczyna się właśnie pierwszy dzień nowego roku. Wtedy wydawało mi się to kompletną abstrakcją. Zupełnie inna strona globu. Jak przekaz z zaświatów.

Kiedy więc pojawiła się możliwość pojechania do Australii i to jeszcze w ichnim sezonie letnim (czyli u nas zimowym), nie mogłam podarować sobie spędzenia Sylwestra w Sydney. Bez tego mój wyjazd byłby jakiś… niepełny.

Tymczasem, skoro udało mi się jednak szczęśliwie zamieszkać na kilka dni w kampusie tutejszego uniwersytetu, po krótkim odpoczynku i odświeżeniu się, postanowiłam się udać na miasto. Zdzwoniłam się z Pattrą, przeuroczą Tajką, która mieszkała na stałe w Sydney, a którą poznałam parę tygodni wcześniej podczas podróży wzdłuż Great Ocean Road. Nie planowałam tego dnia żadnego intensywnego zwiedzania. Nie byłoby na to czasu. A i ja byłam zwyczajnie zmęczona.

Zamiast tego poszłyśmy do parku, gdzie spotkałam dwójkę jej znajomych i przypadkowego psa. Pies nie wiadomo skąd się wziął, nie było widać żadnego właściciela w pobliżu, ale zwierz był zadbany i nie wyglądał na bezpańskiego. Był również bardzo przyjazny. Podziwiając kołyszące się na wodach zatoki jachty na tle słynnego Harbour Bridge oraz budynku Opery, bawiłam się z nim przy użyciu uschniętego, wielkiego palmowego liścia, za którym chętnie gonił.

Około godziny później, przy drodze na szczycie skarpy otaczającej park, zatrzymał się jakiś samochód i pies z radością pobiegł w jego stronę. Najwyraźniej odnalazł się właściciel.

My tymczasem udaliśmy się w stronę Zatoki Lawendowej, żeby ustalić jakąś miejscówkę na wieczorny pokaz fajerwerków. Ku naszemu zdziwieniu, ludzie już zaczęli się gromadzić, a godziny były dopiero ledwie popołudniowe. Nie zostałyśmy tam. Pojechałyśmy do mieszkania Pattry, napić się czegoś chłodnego, pogadać i odpocząć.

Kiedy wróciłyśmy drugi raz na to samo miejsce, wszystkie drogi w okolicy były zamknięte szlabanami, przy których stali policjanci. Nie było możliwości przejść, choć próbowałyśmy w kilku miejscach. Tak oto w jednej chwili odpływało moje marzenie o zobaczeniu fajerwerków nad Harbour Bridge w Sydney w Sylwestra. Zrezygnowane i rozgoryczone zaczęłyśmy wracać z myślą, że może uda się coś zobaczyć z parku, w którym byłyśmy wcześniej. I wtedy zaczęły się dziać rzeczy niesamowite, którą to historię możesz przeczytać tutaj.

Co można zobaczyć w Sydney w jeden dzień?

Biorąc pod uwagę, że jest to dzień po Sylwestrze i że dopiero około trzeciej nad ranem udało mi się dostać z powrotem do kampusu, to i tak starałam się pozostały mi czas w tym mieście wykorzystać na maksa. Ale wskazówka dla tych, którym zdarzy się kiedyś okazja zawitać do Sydney – nie róbcie tego w Nowy Rok. A jeśli nie możecie się powstrzymać – zarezerwujcie sobie więcej czasu. Bo Sydney oferuje tyle atrakcji, że spokojnie można nie nudzić się w nim przez tydzień. Niektórzy twierdzą nawet, że całe lata.

Zacznijmy zatem krótki spacer po mieście…

Circular Quay – stąd wszędzie jest blisko

Circular Quay bez problemu odnajdziesz na mapie transportu publicznego w Sydney. Jest to centrum miasta i zbiega się tu chyba z milion różnych linii. Ja poruszałam się po mieście głównie metrem lub na piechotę, ale to nie jedyne sposoby. Popularnym środkiem komunikacji są tu między innymi taksówki wodne i niewielkie promy, bo metropolia położona jest na wielu wysepkach i półwyspach, pomiędzy które wciskają się małe, urokliwe zatoczki.

Tuż obok piętrzą się wieżowce City, dzielnicy biznesowo-finansowej miasta. Spacer pomiędzy nimi przypomina przechadzkę między olbrzymimi, stalowo-szklanymi sekwojami, które zdają się wrastać wręcz w błękit australijskiego nieba. Stąd już tylko rzut beretem do ikon nie tylko Sydney, ale całej Australii.

Opera w Sydney

Wyobrażasz sobie Sydney bez budynku słynnej Opery?

Trudne zadanie, co? Opera to nie tylko wręcz symbol miasta, ale jedna z rzeczy, która najczęściej przychodzi na myśl kiedy pada hasło Australia. Budowana latami (oj tam, ukończona ledwie 10 lat po terminie), z wielokrotnie przekroczonym budżetem (zamiast kilku milionów dolarów, ponad sto milionów), dziś jest po prostu ikoną. Znajduje się chyba na wszystkich pocztówkach z Sydney, na niemal wszystkich pamiątkach z tego miasta. Na milionach zdjęć prezentuje się jako majestatyczny olbrzym, potęga ludzkiej myśli architektonicznej, dzieło sztuki.

Przy bliższym poznaniu można się jednak rozczarować. Nie to, że budynek opery nie robi wrażenia, nie że w rzeczywistości nie jest ładny, wydaje się tylko…jakiś mały. Niby wcale taki nie jest, wymiary ma ponoć niczego sobie, ale jeśli się spodziewa białego olbrzyma, to… no nie za duży ten olbrzym. I z tego, co wiem, to nie tylko ja miałam takie wrażenie.

Mimo to warto pospacerować wokół i pomiędzy częściami budynku Opery, zrobić sobie zdjęcie na schodach prowadzących do niej, a jeśli ktoś ma więcej czasu i trochę funduszy, można ją sobie również zwiedzić w środku. Wszelkie informacje dotyczące tego, co dzieje się w oraz wokół Opery, ceny biletów, aktualne wydarzenia, a nawet spektakle lub słuchowiska do cieszenia się nimi na własnej domowej kanapie, znajdziesz na stronie Opery w Sydney pod tym linkiem.

droga prowadząca do Opery w Sydney

Królewskie Ogrody Botaniczne

Royal Botanic Garden i sąsiadujące z nim The Domain to duże tereny zielone Sydney, spokojny zakątek miasta, w którym czas zwalnia, a nawet zdarza mu się skusić na leniwy piknik na trawie. Ogrody zaczynają się tuż zaraz po zejściu ze schodów prowadzących do Opery. Pełno jest tu pamiątek z czasów kolonialnych, a niektóre z tutejszych drzew sadzone były podobno jeszcze przez pierwszych przybyszy na ten ląd.

Być może już wiesz, że jestem dużą entuzjastką wszelkich ogrodów botanicznych, dlatego nie mogłam podarować sobie spaceru wzdłuż zatoki Farm Cove aż do Mrs Macquarie Point, które nie bez powodu było ulubionym miejscem gubernatorowej. Mnogość roślin i wszelkiego życia tutaj przyjemnie dopieszczała moją duszę niedoszłego biologa. Nic dziwnego, w tym ogrodzie przez jakieś 200 lat tworzono kolekcję wszystkich roślin z całego świata. W samym Zagajniku Palmowym jest około 180 gatunków palm! Do tego bajeczne rośliny tropikalne, sukulenty, zioła, o których istnieniu nawet nie słyszałeś, słodko pachnące kwiaty kwitnących drzew i krzewów, a na nich drące się wniebogłosy stada lorys tęczowych, toczących papuzie boje o ich słodki nektar.

A jeśli już jesteśmy przy ptactwie, to właśnie w Sydney po raz pierwszy widziałam ibisy na wolności. Zaskoczyło mnie to, zupełnie ich się tam nie spodziewałam. Egipskie wcielenie boga Thotha spacerowało po tutejszych Ogrodach Królewskich nie zważając na ludzi wokół. Ibisy ze swoimi smukłymi nogami i mitycznymi koneksjami kojarzyły mi się zawsze jakoś tak dostojnie. Boski wizerunek upadł, kiedy zobaczyłam grupę tych ptaków plądrującą stojące przy parku śmietniki. “Upadek elit zatacza coraz szersze kręgi. Już nawet u ptaków” – pomyślałam. Ciekawe co by o tym pomyślał bóg Thoth. Pewnie by się załamał. Ptasie uosobienia boga niczym menelskie dziady grzebiące wśród śmieci. Czyżby znak naszych czasów?

The Rocks

To część miasta położona zaraz przy Sydney Cove, zatoki, do której wpłynęła pod koniec XVIII wieku Pierwsza Flota i do której później wpływały kolejne statki z brytyjskimi skazańcami, osadzonymi w tutejszej kolonii karnej. Dawniej zaszczurzone slumsy z bogatą ofertą wszelkich chorób, gdzie królowały lokalne gangi, dziś – pięknie odrestaurowana i elegancka dzielnica, która szczyci się mianem “tej, od której wszystko tu się zaczęło”.

Znajdziesz tu mnóstwo nawiązań do morskiego charakteru Sydney i jego historii, ale także pełno restauracji i kawiarenek, a jeśli zdarzy Ci się zawitać tu w weekend, polecam przejść się na The Rocks Market, gdzie możesz kupić wszystko, o czym nawet nie wiedziałaś, że potrzebujesz.

widok na dzielnicę The Rocks z Cahill Expy w tle Harbour Bridge

Harbour Bridge

Kolejna ikona Sydney i Australii. Jednoprzęsłowy, łukowaty most ze stali, przypominający wieszak. Ukończono go i oddano do użytku w 1932 roku, ale pożyczki zaciągnięte na jego budowę spłacono dopiero w 1988 roku. Proces jego tworzenia był całkiem ciekawy, mianowicie najpierw z obu brzegów równocześnie zbudowano łuk nad mostem, a dopiero potem zabrano się za przęsło i konstruowano je od środka. Dziś jest to ważna droga zwłaszcza dla transportu samochodowego i jeden z czołowych obiektów turystycznych. Spacer po moście i podziwianie panoramy Sydney to absolutna konieczność. Poza zwykłym przejściem z jednego brzegu na drugi, można się szarpnąć na 3,5-godzinną wycieczkę z przewodnikiem i… wleźć na górę na łuk mostu (link do strony z informacjami na ten temat – tutaj). Na samą myśl pocą mi się dłonie!

Wyjechać nie było łatwo

I to wcale nie dlatego, że Sydney mnie tak urzekło i nie mogłam się z nim rozstać. Od samego początku naszej znajomości rzeczy szły nie tak, jak trzeba. Choć niestety muszę przyznać, że z mojej winy. Najpierw, o czym już wspominałam, spóźniłam się o dobę, potem… myślałam już, że nie wylecę.

A wylecieć już chciałam, bo przyznaję, że w Sydney nie czułam się dobrze. Dopadła mnie tu jakaś nerwowość, zmęczenie pomieszane z irytacją. Być może to efekt podróżowania przez dwa miesiące, a być może tego, że za chwilę miałam wracać do szarostyczniowej Polski i niekoniecznie miałam na to ochotę. W każdym razie ostatnia moja przygoda z Sydney zaczęła się od tego, że nie mogłam się odprawić online na lot z Sydney przez Brisbane do Singapuru. Próbowałam kilka razy i strona wieszała mi się za każdym razem na tym samym etapie. Pomyślałam, że trudno. Odprawię się na lotnisku.

Następnego dnia wstałam wcześnie rano, żeby oddać pokój i pojechać na lotnisko. Dotarłam na stację metra i czekałam. I czekałam. Czekałam. Sprawdzałam wcześniej rozkład linii, która miała mnie zawieźć do centrum i wynikało z tego, że już dawno powinnam być w drodze. Ba, powinny się już pojawić nawet dwa pociągi, a nie pojawił się żaden. Przestawało mi się to podobać. Lekko zestresowana zaczęłam szukać jakichś alternatyw wydostania się z mojego sydnejskiego końca świata w kierunku lotniska i wtedy pojawił się on. Mój pociąg. Wsiadłam, pojechaliśmy, ale czasu to już nie było za wiele. A przecież musiałam się jeszcze odprawić na lotnisku.

Pociąg mijał kolejne stacje i na jednej z nich wpadła mi w oczy mapka linii metra i elektroniczny wyświetlacz informujący kiedy przyjadą kolejne pociągi. Szybka kalkulacja: jadę tym, w którym jestem i potem na dworcu głównym w Sydney przesiadam się w coś, co zawiezie mnie już na samo lotnisko czy przesiadam się teraz na linię, która już stąd tam jedzie? Wyskoczyłam z wagonu i niecałą minutę później podjechało metro linii, która prowadziła na lotnisko. Ruszyliśmy… i chwilę później, na kolejnej stacji zrozumiałam swój błąd. Metro, którym jechałam, w istocie zmierzało na lotnisko, ale… objeżdżało po drodze dookoła całe centrum Sydney… Teraz to już zaczynało mi być naprawdę ciepło. Wiedziałam, że jak wpadnę na lotnisko, którego w życiu wcześniej na oczy nie widziałam, będę miała ze 20 minut na to, by się znaleźć przy bramce. Nawet nie liczyłam budżetu – wiedziałam, że nie mam kasy na inny bilet. To był najwyższy czas na wymyślenie planu B.

Na lotnisko wpadłam jak pocisk. Pamiętam tylko, że musiałam biec jakimiś schodami do góry z ciężkim plecakiem, nie wiem jak odnalazłam stanowiska Quantas, z którym miałam lecieć, ale wiem, że niemal ze łzami w oczach dopadłam stanowiska odprawy i młodej dziewczynie tłumaczyłam, że mam zaraz samolot, że do Singapuru tranzytem przez Brisbane, że pomyliłam linie metra…

Zapytała czy się już odprawiłam, ale w dwóch zdaniach opowiedziałam jej historię moich bojów z próbami odprawy online. Spojrzała na swoją koleżankę obok, sprawdziły w systemie, że mam tranzyt, że niby 4 godziny w Brisbane, ale mało czasu, żeby tu coś przesunąć i… wzięła ode mnie główny plecak i kazała mi lecieć na górę do security i dalej do bramek. Biegłam jak szalona, scena normalnie jak z jakiegoś filmu. Na stanowisku kontroli bezpieczeństwa przemiły pan kazał mi tylko rzucić plecak na taśmę, nie wyjmować nawet notebooka, nic. Puścił mój plecak, pokazał ręką bramkę na horyzoncie i życząc udanej podróży przypomniał mi, że muszę się pospieszyć. Podziękowałam w locie i sekundy później wpadałam bez tchu do samolotu. Udało się! Moja wdzięczność do załogi linii Quantas nie znała granic!

Gold Coast widok z samolotu

Australia pożegnała mnie widokiem Złotego Wybrzeża (Gold Coast) z okna samolotu i czterema godzinami na lotnisku w Brisbane. To były cudowne dwa miesiące, a potem nic już nie było takie samo. Zostawiłam tam spory kawałek serca i zaczynam wierzyć, że z tej miłości się nie wyrasta.

Ten wpis kończy cały cykl o Australii. Spędziłam tam niecałe dwa miesiące, byłam w czterech stanach, odwiedziłam wiele pięknych miejsc, spotkałam wielu wspaniałych ludzi. Klikając poniżej w tag “Australia” możesz poczytać o mojej wyprawie okraszonej mnóstwem zdjęć. Z pozostałej części serca, która nie została w Krainie Kangurów, polecam!

Spodobał Ci się mój wpis? Będzie mi miło jak go skomentujesz lub udostępnisz dalej!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *