Pieszo ze Świnoujścia na Hel – przeszłam ponad 400 km wybrzeżem Bałtyku!

ja idąca plażą z plecakiem pomiędzy Rowami a Łebą

Zrobiłam to! Naprawdę to zrobiłam! Na własnych nogach pokonałam trasę pieszo ze Świnoujścia na Hel wzdłuż wybrzeża Bałtyku! Ponad 400 kilometrów, z czego większą część samotnie (do Łeby, czyli prawie 300 kilometrów, w Łebie dołączył do mnie Krzysiek). Po porażce z zeszłego roku, kiedy to popełniłam chyba wszystkie możliwe błędy (pisałam o tym tutaj), cieszy mnie to teraz podwójnie 🙂 Bo postanowiłam coś, nie wyszło, ale nie poddałam się, przygotowałam się lepiej, spróbowałam jeszcze raz i dałam radę. Tym samym spełniając jedno z miliona moich marzeń!

Od tej chwili minęły już dwa tygodnie i czas na drobne podsumowanie tego, co się wydarzyło. A było tego tyle, że nie zmieszczę wszystkiego w jednym wpisie, więc na pewno będzie można liczyć na kolejne.

Pomysł, by pieszo przemierzyć polskie wybrzeże, nie był nowy. Nie powstał nawet w zeszłym roku. Tak naprawdę narodził się jako luźna myśl już wiele lat temu, kiedy studiowałam przez jakiś czas w Trójmieście. Fabrycznie jestem ze Szczecina i któregoś dnia przyszedł mi do głowy pomysł, by wrócić do domu na piechotę. Nigdy go wcześniej nie zrealizowałam i tak sobie tkwił w mojej głowie, aż do zeszłego roku, kiedy postanowił przypomnieć o swoim istnieniu, a ja pomyślałam „a czemu nie?”. Zapaliłam się do tego we właściwym sobie stylu, plan nakreśliłam tak samo ambitny, jak mało realny i skoczyłam na główkę realizować go bez szczególnego przygotowania. Dostałam lekcję pokory i odrobiłam ją sumiennie 🙂 W tym roku postanowiłam próbę powtórzyć, ale już tym razem nie tak na wariata.

mapa wybrzeża z zaznaczonymi miejscami noclegowymi

Zanim wyruszyłam…

…zadbałam lepiej o kondycję

Poprzedni rok udowodnił mi, że odpowiedź na pytanie „co może być trudnego w chodzeniu?” potrafi być bardziej skomplikowana niż się wydaje. W chodzeniu może i nie ma wiele filozofii, ale nawet jeśli człowiek na co dzień sporo chodzi, to jednak pokonanie szlaku długodystansowego, jakim niewątpliwie jest spacer wzdłuż wybrzeża Bałtyku, ma swoją specyfikę. Co innego jest przejść choćby 20 kilometrów spacerem w weekend, a co innego z ważącym ok. 12 kilogramów plecakiem (tyle mniej więcej ważył mój). Co innego iść 20 kilometrów dziennie, nawet z plecakiem, przez tydzień, a inaczej sprawa wygląda, jak się idzie trzy tygodnie albo więcej. Do tego oczywiście znaczenie ma sprzęt, w tym zwłaszcza wygodne buty i równie wygodny plecak, oraz waga tego sprzętu (ciężar każdego kilograma bagażu rośnie wraz z liczbą pokonywanych kilometrów).

Nie da się pominąć również kwestii kondycji fizycznej. Jeśli pracujesz za biurkiem i poza tym ruszasz się nie za wiele, to średnim pomysłem jest ot tak wstać i iść wzdłuż wybrzeża. Przekonałam się o tym sama poprzednim razem, kiedy moje stopy poinformowały mnie nader boleśnie, że one też mają mięśnie, które z przeciążenia mogą ulec kontuzji i może się rozwinąć stan zapalny. Po pierwszym dniu, kiedy zafundowałam moim mięśniom 40-kilometrowy odcinek z Helu do Władysławowa, przywodziciele w udach dały mi znać, że chyba oszalałam i one się temu stanowczo sprzeciwiają. Wtedy wydawało mi się, że kondycję mam niezłą i ruszam się całkiem sporo, wszak do pracy jeżdżę na rowerze, a jak nie na rowerze, to wszędzie na piechotę. Okazało się, że guzik. Jazda na rowerze to dla mięśni nie to samo, co chodzenie. Zanim więc wyruszyłam w tym roku, przez 3 miesiące ćwiczyłam według rozpisanego mi przez Krzyśka zestawu, w którym istotny udział miały przysiady (i jestem przekonana, że dzięki temu właśnie tym razem przywodziciele na kolejne kilometry nie mrugnęły nawet okiem). Na około 1,5 miesiąca przed wyruszeniem, przysiady i w ogóle ćwiczenia zarzuciłam, bo nie chciałam przeciążać kolan, za to chodziłam na piechotę do pracy i z pracy. Niby niedużo, bo tylko 4,5 kilometra w jedną stronę, niemniej czułam jak mięśnie przystosowują się do innej pracy (niż jazda na rowerze), a te spacery zabierały mi tyle czasu, że na dodatkowe ćwiczenia mi go już zwyczajnie nie starczało. Na szczęście to wszystko okazało się tym razem wystarczające 🙂

na klifie pomiędzy Ustką a Rowami

…zadbałam o dobry sprzęt

Mój poprzedni plecak pamiętał jeszcze czasy liceum (a było to dawno), więc uznałam, że najwyższy czas zakupić nowy. Wybierając pomiędzy różnymi modelami, brałam pod uwagę nie tylko funkcjonalność, ale i wagę plecaka. Ostatecznie wybór padł na plecak Deuter Aircontact Lite w wersji 40+10 litrów, z którego jestem zadowolona, choć okazał się na tyle wąski, że nie byłam w stanie spakować do niego maty samopompującej, co rozstrzygnęło mój dylemat „brać namiot czy nie brać?” – nie wzięłam. Byłoby to nazbyt w tym układzie kłopotliwe. Na szczęście polskie wybrzeże jest dość gęsto usiane miejscowościami, więc jakiś nocleg zawsze się znajdzie. Chociaż czasem wymagało to kilkunastu telefonów.

Poza tym buty – nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że ten element jest bardzo ważny. Wzięłam ze sobą dwie pary butów – górskie trapery za kostkę (Chiruca) oraz lekkie, siateczkowe biegówki (marki Adidas, te same, które rok temu awaryjnie kupiłam w Łebie, po tym, jak moje – dawniej wygodne – poprzednie traperki zmasakrowały mi stopy). Ten zestaw sprawdził się doskonale. Górskie trapery świetnie nadają się na plażę, bo się tak bardzo nie zapadają, a że są wysokie, to nie sypie się tak mocno do nich piasek. Lekkie biegówki natomiast są idealne na twarde, asfaltowe odcinki, na których grube trapery mogłyby po jakimś czasie być utrapieniem dla stóp.

Do tego kije. Kiedyś mi się wydawało, że chodzenie z kijkami to trochę taka fanaberia i w ogóle na co to komu potrzebne. Ale w zeszłym roku zabrałam pożyczone od Taty kije na Roztocze i doszłam do wniosku, że coś w tym może jest i to wcale nie takie głupie. Tym razem, ponieważ ciągle nie dorobiłam się własnych, ponownie pożyczyłam kije od Taty i muszę przyznać ostatecznie: tak, kije pomagają. Nie tylko ułatwiają zachowanie pionowej postawy ciała i zapobiegają pochylaniu się do przodu, za co kręgosłup jest na pewno wdzięczny, to jeszcze odciążają nieco kolana, a do tego zwyczajnie pozwalają coś zrobić z rękami w czasie marszu (a te z braku roboty przez ileś kilometrów potrafią cierpnąć czasem lub nawet lekko puchnąć) i pomagają „wybijać” sobie pewien rytm. Poza tym były odcinki – np. między Rewalem a Niechorzem, gdzie kawałek wybrzeża jest zasypany wielkimi kamulcami – po których bez dodatkowych podpórek w postaci kijów, byłoby mi o wiele ciężej przejść z plecakiem.

No i kurtka, która akurat w ogóle mi się nie przydała, bo szczęśliwie było na ogół ciepło bądź upalnie i nie padało prawie wcale, albo tylko wtedy, kiedy miałam postój pod dachem (Trzęsacz) lub zaplanowałam dzień przerwy i wylegiwania się w łóżku (Łeba). Ale muszę przyznać, że kupiony przypadkiem i na wyprzedaży Elbrus, niezmiennie darzony jest przeze mnie ciepłym uczuciem, a wręcz doskonale sprawdził się podczas wypadu w Góry Sowie, o którym pisałam ostatnio.

Poza tym zabrałam jeszcze trochę ubrań, mapy, całą garść ładowarek i innych klamotów, ale o tym może zrobię w ogóle cały osobny wpis.

samotny wędrowiec z plecakiem na plaży pomiędzy Rowami a Łebą

…zaplanowałam trasę

W tym celu zaopatrzyłam się oczywiście w mapy całego wybrzeża (łącznie sztuk 5) i wcześniej przeanalizowałam trasę na mapie, dzieląc ją na poszczególne odcinki, liczące po 20-kilka kilometrów. Tym samym rozłożyłam cały dystans na 15 dni. Polskie wybrzeże Bałtyku liczy około 360 km, ale biorąc pod uwagę, że czasem trzeba coś obejść (jak np. Hotel Gołębiewski w Pobierowie jeśli się akurat idzie lasem i klifami od strony Łukęcina albo cały odcinek pomiędzy Jarosławcem a Ustką, gdzie znajduje się poligon wojskowy, na którym akurat trwały ćwiczenia), czasem cofnąć się nieco w głąb lądu, by przekroczyć rzekę uchodzącą w tym miejscu do morza lub dojść do jakiejś miejscowości (np. Lubiatów, Białogóra), w której akurat ma się zarezerwowany nocleg, to tych kilometrów w sumie robi się bardziej 400. Mi wyszło dokładnie 413,1 km mierzone zegarkiem z GPS, więc wydaje mi się, że dość wiarygodny to pomiar.

Planując trasę należy sobie odpowiedzieć na podstawowe pytanie – iść z zachodu na wschód czy raczej odwrotnie? Zaczynać w Świnoujściu czy w Helu? To wbrew pozorom robi różnicę, przynajmniej teoretycznie. W zeszłym roku zaczynałam od strony Półwyspu Helskiego, bo pomyślałam, że jak skończę w Świnoujściu, to będę miała już tylko rzut beretem do domu i nie będę się musiała padnięta tłuc pociągiem ileś godzin. Tym razem zaczęłam jednak od Świnoujścia, a powodów do tego było kilka:

  • jako, że jestem ze Szczecina, pierwszy odcinek mogłam przejść sobie z lżejszym, mały plecakiem na rozgrzewkę do Międzyzdrojów i… wrócić pociągiem na nocleg do domu, co było zarówno wygodne, jak i o wiele tańsze (pociąg w obie strony ze zniżką dla krwiodawców kosztował mnie 22 zł, nocleg kosztowałby duuużo więcej),
  • w Polsce przeważają wiatry zachodnie, więc teoretycznie idąc z zachodu na wschód mogłabym liczyć, że wiatr częściej będzie mi wiał w plecy i pomagał, niż przeszkadzał (w praktyce kilka pierwszych dni wiało mi prosto w paszczę, więc tyle jeśli chodzi o teorię),
  • w ostatnim tygodniu wędrówki miał do mnie dołączyć Krzysiek, więc pomyślałam, że fajniej będzie razem zobaczyć ten odleglejszy kawałek wybrzeża, który mniej znamy, niż ten, który mamy niemal pod nosem i w wielu miejscach już byliśmy po kilka razy.
mapy wybrzeża Bałtyku
Do tej kolekcji należy dodać jeszcze mapę Wyspy Wolin

Jak wspomniałam, trasę zaplanowałam na 15 dni marszu, ale nie nastawiałam się na sztywne trzymanie się planu. Jedyne, co mnie ograniczało, to długość urlopu – miałam do dyspozycji trzy tygodnie i w tym musiałam się zmieścić. Plan zrobiłam więc tak, by pozostawić jeszcze spory bufor czasowy na ewentualne modyfikacje z powodu pogody lub własnej kondycji. I faktycznie, jak na trzecim odcinku pomiędzy Dziwnowem a Niechorzem nagle poczułam ostre kłucie w lewym ścięgnie achillesa, które na szczęście okazało się być niegroźnym nadwyrężeniem, to w obawie przed większą kontuzją następne odcinki zaplanowane na dwa dni, rozłożyłam na trzy, zmniejszając nieco dystanse. W rezultacie pierwotny plan nie rozjechał się tak bardzo – cała trasa zajęła mi 18 dni, z czego aktywnego chodzenia na szlaku było dni 16. Dwa dni poświęciłam na odpoczynek w Łebie, po dwóch tygodniach i przejściu prawie 300 km, czekając aż dołączy do mnie Krzysiek. Brak wcześniejszego rezerwowania noclegów miał swoje minusy, bowiem codziennie musiałam szukać kolejnego na następny dzień, ale dawało to dużą elastyczność w modyfikowaniu odcinków trasy, co z kolei było ogromnym plusem.

I jedno z najczęściej zadawanych pytań – ile kilometrów dziennie robiłam? 🙂 Średnio to wychodziło około 25 kilometrów na dzień, ale były odcinki, gdzie zrobiłam ich tylko 18 (Mrzeżyno-Kołobrzeg), a były takie powyżej 30 (najdłuższy był etap Rowy-Łeba plażą – 37 km).

Dlaczego w czerwcu? Tu odpowiedź jest banalna – ponieważ pracuję na etacie i musiałam wziąć urlop, a na początku czerwca wypadał akurat długi weekend, to chciałam choć te dwa dni z urlopu zaoszczędzić. Na ten pomysł wpadła oczywiście także połowa Polski, co miało swoje konsekwencje na trasie, ale na szczęście udało mi się znaleźć nocleg wszędzie (tu szczególne podziękowania dla Asi i Mariusza za nocleg w Mrzeżynie i Kołobrzeg!) 🙂 Poza tym chciałam zobaczyć jak wyglądają nadmorskie miejscowości tuż przed sezonem i po tych wszystkich lockdownach. Pewnie nie wszystkim dane było dotrwać do tego lata, niemniej na rzut oka przechodzącego jedynie obok turysty nie było widać żadnych oznak popandemicznej klęski. Życie zdawało się biec swoim normalnym torem. Tylko ceny może gdzieniegdzie trochę ambitniejsze, ale i to chyba nie aż tak bardzo, jak się spodziewałam.

Czy można to było zrobić lepiej?

Na pewno. Ale jak się nad tym zastanawiam, to chyba nie zmieniłabym niczego. Może jedynie wzięłabym cieńszy zeszyt do notowania różnych rzeczy i może nie brałabym notebooka (ciągle niektóre rzeczy lepiej mi się robi na choćby malutkim laptopie niż na komórce, ale ostatecznie byłby to jednak kilogram mniej w plecaku).

Przejście trasy ze Świnoujścia do Helu zajęło mi 18 dni, wliczając dwudniową przerwę w Łebie. Czy można to było zrobić szybciej? Oczywiście. Istnieje strona, do której zapisują się ludzie, którzy przeszli przynajmniej 100 km wzdłuż wybrzeża i ta lista tworzy poczet długodystansowców. Niektórzy pokonali całe wybrzeże Bałtyku w 10 dni, inni 14, przeglądając to dawno temu znalazłam tam chyba nawet człowieka, który przebiegł ten dystans w 5 dni (choć może coś źle pamiętam). To dowód na to, że można szybciej. Tylko po co?

Ja miałam do dyspozycji 3 tygodnie urlopu i zamierzałam je w pełni wykorzystać. To nie żaden wyścig ani żadne zawody. Moje przejście było jednym z setek albo i tysięcy wszystkich przejść pieszo ze Świnoujścia na Hel, ale w tym właśnie było wyjątkowe, że było moje. Niepowtarzalne. Nawet ja sama, gdybym chciała iść tą trasą ponownie, nie zrobiłabym tego drugi raz dokładnie tak samo.

Z pewnością też mogłam zrobić lepsze zdjęcia. Więcej zdjęć. Nagrać więcej filmów (tak, mam też nagrania, z których spróbuję w bliżej nieokreślonej przyszłości zmontować jakąś fajną całość). Pójść w to czy tamto miejsce, które ominęłam. Albo ominąć to, przez które szłam.

Ale poza pewnym wyzwaniem dla samej siebie, poza spełnieniem jednego ze swoich dawnych marzeń, to miała być przede wszystkim przyjemność. Pomimo zmęczenia, upału, ciężaru plecaka, bólu mięśni po 30-stym kilometrze, pomimo wszelkich niedogodności, to jednak miała być radosna przygoda. I tym właśnie dla mnie była 🙂

ja spacerująca po lesie w Wiciu nad Bałtykiem

Przeszłam pieszo ze Świnoujścia do Helu i… co dalej?

W najbliższym czasie na pewno jeszcze sporo uwagi poświęcę temu przejściu. Mam sporo zdjęć i materiału filmowego, które czekają na przejrzenie i w kolejnych wpisach jeszcze będę do tego nawiązywać. Tym samym zachęcam też tutaj do zadawania pytań w komentarzach, na które chętnie odpowiem zbierając je może w osobny post na blogu.

Niestety, jako człowiek uwiązany etatem w pracy, na kolejny urlop muszę trochę poczekać, ale może uda się coś krótkiego jeszcze w lipcu zorganizować. Na nowe wyjazdy na trochę dłużej można liczyć dopiero na jesień. Oczywiście apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc skoro udało się przejść ten Bałtyk, to może… Mam jeszcze kilka pomysłów w zanadrzu i kto wie, jedno marzenie spełnione, to czemu nie miałabym zrealizować kolejnych? Czas pokaże 🙂

Jeśli spodobał Ci się mój wpis, będzie mi bardzo miło, gdy go udostępnisz 🙂

2 komentarze

  1. Tomek pisze:

    Cześć,
    Powiedz mi jak wyglądałby sytuacja ze spaniem w namiocie ? Myślisz, że nie byłoby żadnych przeszkód spać na dziko w niektórych miejscach ? Czy po drodze natknęłaś się na dużo pól namiotowych z instalacja elektryczna ?

    • szarinoko pisze:

      Cześć 🙂

      Namiotu ze sobą nie brałam, więc i pól namiotowych nie zwiedzałam za bardzo. Ale nad morzem, zwłaszcza w większych miejscowościach, infrastruktura turystyczna jest bardzo dobrze rozwinięta i nie powinno być problemu z polami namiotowymi. Także z elektryką. Z tego, co wiem, często jedynie trzeba mieć swój kabel i można się wtedy podłączyć do sieci na polu. Niektóre pola wynajmują, bądź sprzedają kable, ale to chyba rzadkość.

      Co do spania na dziko – jeśli chodzi o rozbijanie namiotu i nocowanie na plaży, jest to w Polsce zabronione. Jeśli chcesz, możesz napisać zapytanie o zgodę na to do odpowiedniego Urzędu Morskiego, ale z tymi zgodami jest jak z yeti – nikt nie widział, ale chodzą słuchy, że istnieje. Jak wysłałam zapytanie o to do Urzędu Morskiego w Szczecinie rok temu, to odpowiedź dostałam w ciągu chyba 5 minut. Oczywiście odmowną. Za nocowanie w namiocie na plaży i w nadmorskim pasie technicznym (wydmy, pas lasu przy plaży) grożą nieliche grzywny – nie jestem pewna teraz czy nie aż do 5 tysięcy PLN (nie sprawdzałam teraz, pamiętam, że były wysokie, mogło się to też zmienić). Na pewno znajdziesz wiele zdjęć i opowieści ludzi, którzy tak nocowali, ale to jest zabawa w stylu – jak Cię nikt nie złapie, to Twoje. A jak masz pecha, to mandacik czy grzywna. Podobnie sprawa ma się z nocowaniem w lasach, ale tu mamy do czynienia z pewnym przełomem – mianowicie Lasy Państwowe przekonały się nieco do opcji nocowania w lasach i najpierw pilotażowo wyznaczyły trochę obszarów do tego rok temu, a ponieważ nic wielkiego się nie stało i żaden las nie wybuchł, to rozszerzyli te strefy i gdzieniegdzie nawet można używać kuchenek gazowych czy innych tego typu urządzeń. I nie trzeba już tego zgłaszać do Nadleśnictwa jeśli to góra dwie noce i pojedyncze osoby lub małe grupki. Żeby nie było tak wesoło, jak sprawdzałam gdzie są te wyznaczone do nocowania rejony, to chyba ani jeden z nich nie znajduje się bezpośrednio w pobliżu morza. Ale warto temat śledzić, bo strefy te mogą być rozszerzane i może za rok będzie ich więcej także blisko morza. Póki co jednak, nocowanie na dziko jest trochę ryzykiem i jeśli już, to rozważałabym to raczej we wschodniej części wybrzeża (od Ustki na wschód), gdzie miejscowości są nieco rzadziej rozmieszczone i łatwiej znaleźć jakieś odosobnione miejsce. W zachodniej części, gdzie miejscowości są czasem dosłownie jedna obok drugiej, wybrałabym raczej jakieś pole namiotowe albo agroturystykę, gdzie właściciel zgodzi się na rozbicie namiotu w ogrodzie.

      Wiele więcej w temacie nocowania na dziko nie jestem w stanie napisać, bo sama nie próbowałam tego robić. Ale mam nadzieję, że coś może udało mi się Tobie podpowiedzieć 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *