Podsumowanie 2022 roku

by Dominika
zejście czerwono-żółtym szlakiem na czeską stronę ze szczytu Śnieżnika

Kończy się grudzień i najwyższy już czas zrobić krótkie podsumowanie mijającego roku. Lubię je robić, bo pomaga mi to uporządkować sobie niektóre rzeczy w głowie, pozwala wrócić jeszcze na chwilę do fajnych momentów i pokazuje jak na dłoni, że nie stoję w miejscu i sporo rzeczy się działo. No to zaczynamy!

W swoim poście z początku roku pisałam o tym, że na 2022 rok planuję dużo gór. Wiąże się to oczywiście z naszym pomysłem zdobycia Korony Gór Polski. Myślałam, że w tym roku uda nam się zdobyć kolejne 5 szczytów z cichą nadzieją na nieco więcej. Tymczasem zdobyliśmy ich aż 10! Przekroczyliśmy już półmetek w tym wyzwaniu, jako że rok kończymy zdobywszy łącznie 16 z 28 szczytów. Teraz będzie trochę trudniej, bo po zachodniej stronie, która jest nam bliższa (jesteśmy ze Szczecina), wdrapaliśmy się już na prawie wszystkie szczyty (został jedynie Szczeliniec Wielki w Górach Stołowych) i musimy się przenieść bardziej na wschód, a to oznacza większe odległości do pokonania i więcej czasu potrzebnego na wypady w góry.

W mijającym roku planowałam również zmienić nieco charakter naszych wyjazdów – postawiłam na krótsze wypady okołoweekendowe i weekendowe, nie tylko w góry. To był strzał w dziesiątkę. Zwiedziliśmy dzięki temu sporo miejsc i na pewno będziemy kontynuować ten pomysł, bo bardzo nam się on spodobał.

Poza tym dużo się uczyłam, żeby uczynić ten blog jeszcze lepszym i żeby mógł stanowić źródło przydatnych informacji. Moje działania przyniosły efekty, bowiem latem tę stronę odwiedziło więcej osób niż wcześniej przez cały okres istnienia bloga (wtedy 2,5 roku). Zimą liczba odwiedzin w naturalny sposób spadła, ale i tak przychodzi tu prawie 10 razy więcej ludzi niż w analogicznym czasie rok temu. To jest naprawdę bardzo motywujące kiedy widzisz, że to, co piszesz, komuś się przydaje 🙂

Dużo rzeczy wydarzyło się w mijającym roku. Wiele udało mi się zrobić, a jeszcze więcej ciągle przede mną i bardzo mnie to cieszy, bo myśl o tym, co będzie, dodaje mi energii. O przyszłości napiszę w osobnym poście już w styczniu, a teraz zapraszam Cię na szybki przegląd roku 2022 🙂

Widok na stary budynek Sądu Grodzkiego i jezioro Łobez Biały Bór

Styczeń

To był bardzo pracowity miesiąc. Opublikowałam 4 posty na blogu, co nie jest takie łatwe, kiedy całość prowadzisz po godzinach, po pracy, którą wykonujesz zarobkowo na cały etat. Dodatkowo zapisałam się na warsztaty z blogowania, na temat SEO i tego typu zagadnień. To była naprawdę dobra inwestycja. Nauczyłam się wielu rzeczy, które mogłam tu poprawić, aby strona działała lepiej i lepiej Ci służyła jako źródło informacji.

W styczniu zapoczątkowałam także swój projekt “A co tam jest?”, którego celem było przybliżenie, a może w ogóle poinformowanie o istnieniu niektórych miejsc, w których wydaje się, że nic nie ma, skoro nie są bardzo znane. Często jednak mają one długą i ciekawą historię oraz mogą być ciekawą alternatywą na krótki wypad na weekend, jeśli męczą Cię tłumy ciągnące do bardziej popularnych miejsc. W ramach tego pomysłu udaliśmy się na zimowy weekend do Białego Boru, gdzie między innymi zdobyliśmy… ogromną górę piachu 🙂

Na początku roku opublikowałam też pierwszy film z naszych wędrówek po Górach Sowich w 2021 roku na kanale bloga. Nie jest to wybitne dzieło kinematografii i nie spodziewam się dostać za niego Oskara, ale jak na pierwszy raz chyba wyszło nieźle. Zresztą, możesz sprawdzić tutaj:

Luty

Siłą rozpędu, jakiej nabrałam wraz z nowym rokiem, opublikowałam przekornie wakacyjny wpis o Wisełce, gdzie nawet w środku lata nie ma tłumów nad Bałtykiem (i jeśli jeszcze go nie znasz, to polecam, bo to bardzo zacny tekst) 🙂

Dużo było mało spektakularnych działań w tle na blogu – wymiatanie kurzu z najciemniejszych zakamarków, bohaterskie boje z technikaliami, krew, pot oraz łzy, niemrawe flirty z SEO przy czerwonym winie i żadnych widocznych dla postronnych przechodniów efektów. Ale one tam były! Muszę przyznać, że te prace w tle w ostatnich miesiącach nieco zaniedbałam, aczkolwiek wrócę do nich znów w styczniu, żeby wszystko tu było piękne i działało jak najlepiej.

Pod koniec lutego szukaliśmy zimy (Krzysiek) oraz wiosny (ja) w Górach Wałbrzyskich oraz Kamiennych. Zimę znaleźliśmy piękną, wiosnę nie za bardzo jeszcze, za to zdobyliśmy Chełmiec oraz Waligórękolejne 2 szczyty KGP. W Górach Wałbrzyskich wdrapaliśmy się też na Borową Górę, bo to ona tak naprawdę jest najwyższa – o tej królowej bez korony możesz poczytać w tym wpisie.

ja na szczycie Borowej Góry pod tablicą z nazwą szczytu

Marzec i kwiecień

Czas od lutego do wiosny to dla mnie zwykle okres wleczenia się ledwo przez życie na oparach energii, bowiem ja zdecydowanie działam na baterie słoneczne. Mimo to wykrzesałam jej w sobie całkiem sporo publikując aż 4 posty o Górach Wałbrzyskich i Kamiennych, do których linki znajdziesz w poprzednich akapitach. Ponadto dużo było sprzątania i poprawiania w bebechach bloga – jak już wspomniałam: z początkiem roku zapisałam się na kurs na temat takiej technicznej strony blogowania i jedyne, czego żałuję, to że Hania nie prowadziła go wcześniej, bo mogłabym wielu błędów uniknąć i miałabym o wiele mniej do poprawy.

Do mojego ogólnego stanu wyprucia z energii dołożyła się także sytuacja w mej etatowej pracy, której był ogrom i byłam zwyczajnie zmęczona. A kiedy już szczęśliwie przeturlałam się przez marzec do kwietnia i, licząc na odrobinę spokoju, zaczęłam planować kolejne wyjazdy… z pracy wysłano mnie najpierw na jedną, a chwilę później na drugą delegację. W ten sposób odwiedziłam na chwilę Finlandię oraz Szwecję, ale były to wyjazdy bardzo nieturystyczne, wyjątkowo intensywne i męczące. Zwłaszcza ten drugi, bowiem moja firma zarezerwowała mi transport ze Szczecina do Szwecji przez… Berlin, Brukselę i Oslo. Bagatelka, 15 godzin w trasie w jedną stronę. Potem 1,5 dnia na miejscu w biurze i powrót tą samą trasą. Jaki to miało sens? Nawet nie pytaj. Plus z tego jest taki, że dzięki temu mogę powiedzieć, że moim rekordem w ilości odwiedzonych krajów jednego dnia jest aktualnie 5, czyli Polska, Niemcy, Belgia, Norwegia i Szwecja. Ktoś ma lepszy wynik? 🙂

Pomiędzy delegacjami udało mi się wcisnąć jeszcze dzień wolny w moje urodziny, kiedy to zrobiliśmy sobie taką krótką wycieczkę do Kamienia Pomorskiego (o którym kiedyś na pewno napiszę!). A jak już się służbowo najeździłam po Europie, pod koniec kwietnia wybraliśmy się z Krzyśkiem na majówkę w Góry Świętokrzyskie, żeby dodać kolejny klejnocik do naszej koronnej kolekcji.

strumień płynący pośród soczystej wiosennej zieleni

Maj

Wprawdzie w Góry Świętokrzyskie zawitaliśmy pod koniec kwietnia, ale jednak nasz przedłużony weekend wpisywał się w majówkowe okoliczności. Nie poprzestaliśmy jedynie na zdobyciu Łysicy, ale zrobiliśmy sobie całkiem przyjemną wycieczkę przez sporą część pasma Łysogór. Dużym zaskoczeniem podczas tego wyjazdu były dla nas Kielce. Byłam już kiedyś w tym mieście, ale dawno i wiele się w międzyczasie zmieniło. Muszę powiedzieć to wprost: Kielce nas zwyczajnie urzekły i bardzo nam się tam podobało.

Okres od końca kwietnia do początku lipca był mało blogowy. Po dwóch kwietniowych delegacjach miałam jeszcze więcej pracy w pracy niż wcześniej, doszły nadgodziny i nie dawałam rady jeszcze później siadać dalej do komputera. O kreatywnym pisaniu w ogóle nie było już mowy. To były chwile, kiedy miałam serdecznie dość, a w mojej głowie zaczęły kiełkować różne myśli.

Czerwiec

Tu już jechałam naprawdę na oparach. Nadmiar pracy dał mi mocno w kość, że nie wspomnę o związanym z nim stresie. Do tego trafiła mi się kolejna delegacja. Tym razem do Norwegii. Transportowo równie cudowna, jak ta do Szwecji w kwietniu, tylko tym razem przez Amsterdam i Bergen do Alesund. Byłam wykończona, jechałam na autopilocie i szczerze mówiąc – słabo pamiętam ten miesiąc.

Lipiec

Tu już powiedziałam sobie: stop. Koniec zarzynania się, koniec nadgodzin. Odpoczywam i zajmuję się rzeczami, które są naprawdę ważne. Czyli na przykład blogowaniem 😉

Na początku miesiąca zrobiłam tutaj rewolucyjne przemeblowanie. Zmieniłam cały szablon, wygląd, układ, stworzyłam w Paint 3D logo, które możesz podziwiać na stronie i zaczęłam na nowo czerpać radość z tworzenia. Poczułam nową energię, która pozwoliła mi opublikować w tym miesiącu aż 4 nowe wpisy, głównie o Górach Świętokrzyskich i Kielcach. Poza tym, trochę nieśmiało, rozpoczęłam publikowanie na blogu nie tylko merytorycznych, ale także bardziej osobistych wpisów. Nie będzie ich dużo, ale od czasu do czasu będą się na pewno pojawiać. To podsumowanie też w zasadzie jest jednym takich właśnie wpisów.

Planowaliśmy w lipcu skoczyć na chwilę dla odmiany nad morze i połączyć to z dniami wolnymi za oddanie krwi, ale… okazało się, że nie umiemy liczyć i wybraliśmy sobie termin za wcześnie. W związku z tym nadmorski plan upadł, a na donację musieliśmy jeszcze chwilę poczekać.

Widok z Przełęczy nad Porębą

Sierpień

Na ten miesiąc czekałam długo. Zaczęłam go od oddania krwi i dwóch tygodni urlopu, podczas którego planowaliśmy obejść Kotlinę Kłodzką naokoło górami i zdobyć aż 6 szczytów Korony Gór Polski. Czy nam się to udało?

Prawie 🙂 Na tym wyjeździe działo się naprawdę dużo. Były upały po 400 stopni, były deszcze, chwile zwątpienia i odzyskiwania wiary w to, że nam się uda. Były chwile niepewności, rozczarowania, ale też momenty ekscytacji i prawdziwej radości. O wszystkim w skrócie możesz przeczytać w moim podsumowaniu wędrówki.

Ostatecznie z 6 planowanych szczytów zdobyliśmy 5, co uważam za świetny wynik. Odwiedziliśmy po drodze Lądek Zdrój, Międzylesie, Zieleniec i Duszniki Zdrój po polskiej stronie, a po czeskiej zawitaliśmy na chwilę do Dolni Morava. W 11 dni przeszliśmy około 150 km z plecakami i kolejne ok. 50 km bez obciążenia. W tym ponad 700 metrów po najdłuższym wiszącym moście pieszym na świecie!

Czeski Spacer w Chmurach również doczekał się filmu na YouTube. W równie powalającej jakości 😉

Na tym wyjeździe stary plecak Krzyśka ostatecznie dokonał swego żywota, więc po powrocie musieliśmy zakupić nowy. Teraz mamy dodatkową motywację do planowania kolejnych takich wędrownych urlopów 🙂

Wrzesień i październik

Sierpniowy urlop nie pozostawił we mnie wielu złudzeń – moja kondycja okazała się być naprawdę marna. Żeby ją poprawić, zapisaliśmy się z Krzyśkiem na siłownię (na którą chodziłam do grudnia całkiem regularnie, a Krzysiek to już w ogóle jest wzorem regularności). Miałam mnóstwo pomysłów na to, jak sprawić, aby jesień nie była jedynie czasem do przeczekania aż przyjdzie wiosna.

Pojawiły się na blogu wpisy ze szlaków, które przemierzyliśmy podczas naszej sierpniowej wędrówki. Oba miesiące nie były wyjazdowe, ale dzięki temu mogłam nadrobić parę zaległości nie tylko na blogu.

W październiku mój blog skończył 3 lata i z tej okazji, po długim przymierzaniu się do tematu, uruchomiłam wreszcie zapisy na newsletter. Możesz zostawić swojego maila i zapisać się do grupy osób, które nie za często, ale w miarę regularnie (tak raz na 2 tygodnie mniej więcej) otrzymują ode mnie list. Ale to nie jest jedynie automatyczne powiadomienie o nowym wpisie albo o tym, co wydarzyło się na moich mediach społecznościowych. Zdecydowanie nie. Te listy mają o wiele bardziej osobisty charakter. Bywają inspirujące albo zabawne, przemycam w nich cząstki siebie, swoje małe sukcesy i porażki, śmieję się ze swoich wtop, między słowami zdradzam czasem trochę ze swoich planów na przyszłość. Ot, taki list od przyjaciela. I żadnego spamu 🙂

Listopad

Całkiem nieplanowanie udało nam się w listopadzie zgrać jeszcze oddanie krwi z krótkim urlopem i świętem, dzięki czemu mogliśmy zorganizować sobie krótki wypad w Góry Opawskie, żeby zdobyć Biskupią Kopę – kolejny ze szczytów Korony Gór Polski. Trafiła nam się cudowna pogoda. Było kilkanaście stopni, słońce wprawdzie nie przesadzało ze swoją obecnością, ale o takim listopadzie w górach mogliśmy tylko marzyć.

W drodze powrotnej postanowiliśmy zahaczyć jeszcze na chwilę o Kotlinę Kłodzką, ponieważ mieliśmy tam pewne niedokończone sprawy z sierpnia. Wówczas nie udało nam się zdobyć Kowadła w Górach Złotych (szlak był zamknięty ze względu na wycinkę lasu) i chcieliśmy to nadrobić. To miała być szybka akcja. Podjechać do Bielic, zostawić samochód przy wejściu na szlak, wdrapać się na górę, zejść i pojechać dalej. Prościzna. Na miejscu okazało się jednak, że… trwa wymiana asfaltu i do szlaku nie da się dojechać. Jakieś fatum czy co? Za radą panów remontujących drogę, zostawiliśmy samochód obok ich sprzętu i udaliśmy się na szczyt nie szlakiem, który zaczyna się za leśniczówką, ale trasą narciarską, która prowadzi przez mostek pod górę zaraz za Chatą Cyborga. Po Nowym Roku obiecuję nadrobić te opisy.

W każdym razie udało się dotrzeć na szczyt i tym samym kończymy rok łączną liczbą 16 zdobytych gór. To o wiele więcej niż miałam nadzieję, że zdołamy zrobić 🙂

Widok na Biskupią Kopę z czerwonego szlaku sudeckiego

Grudzień

To był dla mnie osobiście ciężki miesiąc. Bardzo trudny w pracy, co przełożyło się na wiele rzeczy również po pracy. O ile do listopada dawałam radę jeszcze publikować nowe wpisy na blogu, o tyle w grudniu to miejsce zamarło. Podobnie mój Instagram oraz konto na Facebooku. Kompletnie nie miałam na to siły. Chwilowo odpuściłam. Dotyczyło to także newslettera, bo uznałam, że i tak pewnie masz mnóstwo innych rzeczy teraz na głowie, bo zaraz Święta i takie tam, więc nie będę Ci dokładać jeszcze siebie. Szczególnie w tak słabej formie.

Ale nie ma tego złego, bo miałam dużo czasu na myślenie i wiele ciekawych rzeczy wymyśliłam. Niektóre z nich będę chciała zacząć wdrażać od stycznia. Nie wszystkie wiążą się z tym blogiem i podróżami, a nawet może się zdarzyć, że na jakiś czas trochę zwolnię tu tempo. Czas niestety nie jest z gumy i jeśli chcę rozwinąć coś nowego, muszę przystopować trochę w innym miejscu. Wszystko to po to, by stworzyć sobie szansę na to, aby za jakiś czas móc tu wrócić bardziej, pełniej i jeszcze fajniej 🙂

Jutro rano wyjeżdżam z Krzyśkiem i ekipą znajomych na tydzień w góry, gdzie zostaniemy aż do Nowego Roku. Przez ten czas będę dobrze się bawić, odpoczywać, zbierać pomysły na nowe wycieczki, nowe tematy i układać to wszystko w kalendarzu tak, aby było wykonalne. Marzy mi się dużo zmian w przyszłym roku, ale chciałabym je przeprowadzić z głową, nie rzucając się na głęboką wodę i “jakoś to będzie”. Gdzieś przeczytałam, że warto sobie na początku roku wybrać jakieś słowo, hasło na dany rok, może motto. Nigdy dotąd czegoś takiego nie robiłam, ale gdy to czytałam, jedno słowo od razu przyszło mi do głowy. Jakie? – o tym napiszę w styczniu 🙂

Tymczasem zbieram się dopakować ostatnie drobiazgi, bo jutro z samego rana ruszamy w trasę. Cieszę się niesamowicie na tydzień wśród ludzi, z którymi znamy się od liceum. I mam nadzieję, że zima w górach nas nie zawiedzie 🙂

Dlatego już teraz życzę Ci udanej końcówki roku i pozytywnego wejścia w Nowy Rok 🙂 Niech będzie lepszy od wszystkich poprzednich! I może do zobaczenia gdzieś na szlaku 🙂

Leave a Comment

* Używając tego formularza, wyrażasz zgodę na przechowywanie Twoich danych przez tę stronę zgodnie z polityką prywatności.

Zobacz więcej

Ta strona potrzebuje ciastek (cookies), żeby poprawnie działać. Bez tego ciężko ją zapędzić do roboty :) Niech żre na zdrowie! Co to za ciastka?