Wiara, nadzieja, dupa…

ja na spacerze w jesiennym lesie

Tekst o takim tytule opublikowałam na swoim ówczesnym blogu ponad 3 lata temu. Jako, że ostatnio dopadł mnie bliżej nieokreślony, bezpostaciowy kryzys, przypomniałam sobie o nim i postanowiłam na chwilę do niego wrócić. Brzmiał on wtedy tak:

„Marzy mi się zmiana. Zmiana życia. Nie całego, ale na tyle, by można pokusić się o słowo „rewolucja”. Zmiana odczuwalna bardziej niż przejście z butów zimowych na sandały.

Właściwie chyba wiem, czego chcę. Chyba, bo według różnych teorii gdybym wiedziała, to bym to osiągała. A jakoś niekoniecznie.

Więc jestem gównianym korpoludkiem bez przyszłości. Chciałam z tego korpoświatka wyjść na szeroki przestwór oceanu prawdziwego życia, ale bez doświadczenia poza korpo i w danej branży zdaje się to być próbą pokonania 4 metrów w skoku o tyczce przy pomocy kija od mopa. Ale i takie rzeczy podobno się ludziom zdarzają, więc nie tracę nadziei.

Od zawsze chciałam jeździć po świecie, pisać i robić zdjęcia. Cóż, jeżdżę raz na ruski rok, pisać nie umiem i nie bardzo mam o czym, zdjęć ładnych robić nie umiem, a na fotografii znam się jak koza na fraktalach. Znowu w życiu mi nie wyszło – kołacze się po łbie fraza piosenki. No tak.

Z upragnionej wolności został wolny wybór składników do kanapki do pracy.
Mam wrażenie, że wszystko rozbija się o kasę, ale przykłady różnych ludzi dowodzą, że to wcale nie jest kluczowy element. No i przecież nie zarabiam wcale tak mało, choć sporą część żre mi co miesiąc kredyt, którego nie chciałam. Gdyby nie ta kotwica, wiele rzeczy naprawdę by mogło wyglądać inaczej. Ale przez kilka lat jeszcze nie zapowiada się na to.

Skoro nie kasa, to zastanawiam się co jest nie tak ze mną. Za głupia jestem? Za mało odważna? Nieogarnięta? Ograniczona umysłowo? Coś być musi. Może to, że jestem wiecznie zmęczona. Wiecznie nie mam siły. Wiecznie ryję mordą po glebie. Teraz mogę powiedzieć, że anemia. Ale rok temu? Pięć lat temu? Całe życie? W dodatku marnuję mnóstwo czasu. Mówię sobie, że przecież nie można żyć li i jedynie skoncentrowanym na kolejnych celach, czasem potrzeba takiej nic nie wnoszącej odskoczni. To „czasem” zdarza się jednak zbyt często.

Myślę, rozważam, snuję plany i marzenia. I wychodzi mi, że po prostu jestem dupa. Życiowa dupa. Tylko łatwiej wszystko zrzucić na brak kasy.
A marzy mi się zmiana. Taka naprawdę zmieniająca zmiana.. (i palmy, i kaktusy, i ciepła plaża, mango i ananasy!). Pójdę zastanowić się co mogę sprzedać… może trzecią nerkę..„

Tak to było. W pierwszej chwili po przeczytaniu tego ponownie, po trzech latach, pomyślałam – no dramat, przez wszystkie te lata nic się nie zmieniło. Jestem w tym samym punkcie, co wtedy, tylko trzy lata starsza. Tak samo smutna, rozżalona i sfrustrowana…

A jednak nie!

Wprawdzie nadal moje życie odbiega znacząco od tego wymarzonego, ale co by nie mówić, przez te trzy lata działo się i zmieniło naprawdę sporo. Jakkolwiek dziś również jestem korpoludkiem, to przez ten czas pracę zmieniałam już kilka razy i nie czuję się więcej uwiązana. Jestem tu, gdzie jestem, ale nic nie jest na zawsze. To po pierwsze. Nawet zdarzył się roczny ponad epizod poza korpoświatem, ale do Doliny Smutnych Ludzi nie pasowałam jeszcze bardziej, a i etap teraz jakby inny i nie te same priorytety.

Pozbyłam się też różnych kotwic. Nie mam już żadnego kredytu ani nawet karty kredytowej. Anemii też nie mam. Nie mam wielu innych rzeczy, a to, co zostało, czeka w kolejce na następną falę redukcji. Nie robię także kanapek do pracy, bo parę miesięcy temu zdecydowaliśmy się na dość istotną zmianę naszej diety. A nade wszystko, staram się zmieniać swoje myślenie o świecie i sobie. Zaczęłam banalnie – postanowiłam, że będę szczęśliwa.

Kryzys w czasach pandemii…

Parę miesięcy temu pisałam, że ogłoszona przez WHO pandemia i w związku z tym zarządzone w Polsce coraz to nowe radosne restrykcje nie wpływają istotnie na moje życie. Rzeczywiście tak zwana codzienność nie zmieniła się dużo. Ba, nawet udało się zmienić pracę na lepszą, wprawdzie pracuję teraz w systemie home office i siedzenie w domu tyle czasu jest trochę przybijające, ale nawet i w tym staram się odnaleźć plusy (nadal jeżdżę do pracy na rowerze, ale teraz nie marznę i nie moknę! – mam stacjonarny rower w domu 😉 ). Niestety, wszystkie moje podróżnicze plany runęły i nie wiadomo czy, kiedy i na jakich zasadach będzie można do nich wrócić.

Oczywiście – powstają nowe. Część z nich być może zacznę w przyszłym roku wcielać w życie, przynajmniej te krajowe. Ale muszę to przyznać – aktualna przedłużająca się sytuacja nie działa na mnie dobrze. Ciągnący się stan zawieszenia, absurdalność otaczającej rzeczywistości, a przede wszystkim niemoc, która temu towarzyszy, zaowocowały w końcu lekkim kryzysem, który dał się zauważyć nawet tutaj. Od sierpnia ten blog był pusty. Od sierpnia pusta była moja głowa, za to dusza coraz bardziej smutna i sfrustrowana.

Zmieniać, co może być zmienione

Dlatego tym wpisem mówię sobie: stop! Tak nie można. Nie mam wpływu na to, co się dzieje dookoła, ale jest cała masa rzeczy, na które mam!

Może nie pojadę w najbliższym czasie do Hiszpanii, ale mogę się w tym czasie pouczyć hiszpańskiego, żeby następnym razem jak pani w okienku kasy na stacji metra nagle na pstryknięcie palcami zapomni jak się mówi po angielsku (choć jeszcze przed chwilą radziła sobie bardzo dobrze), potrafić coś wydukać. Do włoskiego też mogę wrócić. No przecież.

Mogę zamiast jedynie przeglądać zdjęcia innych w różnych zakątkach Internetu i dołować się, zrobić jeszcze trochę porządku we własnych. Wszak tyle miejsc z Australii czeka jeszcze na opisanie, czeka również Budapeszt, zaczęty i niedokończony Wolin…

Mogę oczywiście planować kolejne podróże, wyprawy, wyzwania. I mam dużo czasu, żeby zaplanować je dobrze i jeszcze lepiej się do nich przygotować, żeby uniknąć potem takich sytuacji jak przy wędrówce wzdłuż wybrzeża 😉 Pomysłów mam całe mnóstwo, a lista ciągle rośnie, więc warto byłoby to nieco przemyśleć i uporządkować, żeby – gdy w końcu wróci normalność – nie działać chaotycznie i pędzić jako ten burek urwany z łańcucha 😉

A nade wszystko mogę się starać nie tracić ducha. I czasu. Bo to wszystko przecież nie będzie trwało wiecznie. Więc póki co, zostaje skupić się na tym, co zależne ode mnie i nie zapominać, że w końcu zawsze zza chmur wychodzi słońce 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *