Mały Szlak Beskidzki w 6 lub 7 dni (bez namiotu) – opis trasy

by Dominika
Mały Szlak Beskidzki - początek Bielsko-Biała Straconka

Mały Szlak Beskidzki to szlak turystyczny znakowany kolorem czerwonym. Według oficjalnych informacji jego całkowita długość wynosi 137 km. Szlak zaczyna się w Straconce w Bielsku-Białej, a kończy na szczycie Lubonia Wielkiego w Beskidzie Wyspowym. To był nasz pierwszy szlak długodystansowy pokonany “od kropki do kropki”. W tym artykule opowiem Ci jak wyglądało nasze przejście, podpowiem jak inaczej można rozłożyć poszczególne odcinki oraz jakich błędów unikać, jeśli wybierasz się na ten szlak.

Mały Szlak Beskidzki, w skrócie MSB, jest czwartym pod względem długości szlakiem w polskich Karpatach. Prowadzi przez pasma Beskidu Małego, Makowskiego oraz Wyspowego i stanowi niejako uzupełnienie Głównego Szlaku Beskidzkiego, który te rejony omija. Poniższa mapka pokazuje 134,8 km, ale moje pomiary, czynione z pomocą aplikacji w telefonie, potwierdzają raczej wersję 137 km, która jest podana na szlakówkach.

Skąd? Dokąd? I jak długo?

Mały Szlak Beskidzki jest szlakiem dwukierunkowym, co oznacza dowolność w wyborze punktu startu. Po drodze mijaliśmy trochę osób, które szły z Lubonia Wielkiego do Bielska-Białej Straconki, ale nie wiem, jak to wygląda w statystykach, jeśli chodzi o wybór początkowej kropki i w którą stronę ludzie chodzą częściej. My poszliśmy na wschód, choć zaczęliśmy dość nietypowo, bo przed rozpoczęciem MSB poszliśmy najpierw z Bielska-Białej przez Magurkę Wilkowicką na Czupel, jako że zdobywamy Koronę Gór Polski, a MSB nie obejmuje swym przebiegiem najwyższego szczytu Beskidu Małego (prowadzi przez inny Czupel, ale nie ten najwyższy).

To oznacza, że w momencie, gdy zaczynaliśmy wędrówkę Małym Szlakiem Beskidzkim, mieliśmy już w nogach 17 km i nasz pierwszy odcinek szlaku nie był przez to “pełnowymiarowy”. Zupełnie inaczej może to wyglądać, jeśli zdecydujesz się zaczynać MSB o poranku i masz do dyspozycji cały dzień. My wyruszaliśmy o 14:30.

Szlak planowaliśmy pierwotnie na 6 dni. Wydaje mi się to rozsądną opcją, choć są tacy, co dają radę go przejść w 5 dni, a nawet szybciej. Ostatecznie ukończyliśmy go w 7 dni, choć kalendarzowo, to 8 – zaczęliśmy w niedzielę o 14:30, a na Luboń Wielki dotarliśmy w kolejną niedzielę przed południem, co razem daje łącznie 6 pełnych dni i dwie połówki, czyli siedem, choć końcowa niedziela w kalendarzu była już ósmym dniem.

Po czwartym dniu zrobiliśmy przerwę na odpoczynek, do czego zmusiły nas niespodziewane okoliczności. Gdyby nie one, prawdopodobnie ukończylibyśmy MSB w 6 dni, ale z perspektywy czasu myślę, że dobrze było ten ostatni odcinek podzielić na dwa mniejsze, więc gdybym miała polecać jakiś wariant, to jednak rekomendowałabym wydłużenie przejścia do 7 dni.

Artykuł zawiera linki afiliacyjne (programy partnerskie). Oznacza to, że jeżeli zdecydujesz się na zakup (np. rezerwację noclegu), ja otrzymam z tego niewielką prowizję. Link afiliacyjny nie ma wpływu na wysokość ceny i nic Cię nie kosztuje. A mi pomoże kontynuować pracę na blogu, żeby dostarczać Ci wartościowych treści 🙂

Plany, plany…

Jak już wspomniałam, oryginalnie planowaliśmy przejść Mały Szlak Beskidzki w 6 dni. Na tym etapie duże znaczenie ma to czy zamierzasz brać ze sobą namiot. My z tego zrezygnowaliśmy, co trochę ograniczało nam planowanie poszczególnych odcinków, bo musieliśmy je dostosować do istniejącej bazy noclegowej.

Po długich analizach, studiowaniu mapy i poszukiwaniu potencjalnych miejsc na nocleg, nasza trasa, podzielona na kolejne odcinki, przedstawiała się następująco:

Dzień 1: Bielsko-Biała Straconka – Schronisko na Hrobaczej Łące (7 km) – przed rozpoczęciem MSB chcieliśmy jeszcze zdobyć Czupel w Beskidzie Małym do Korony Gór Polski

Dzień 2: Schronisko na Hrobaczej Łące – Schronisko PTTK Leskowiec (32 km)

Dzień 3: Schronisko PTTK Leskowiec – Zakrzów (25 km)

Dzień 4: Zakrzów – Myślenice (28 km)

Dzień 5: Myślenice – Kasina Wielka (25 km)

Dzień 6: Kasina Wielka – Luboń Wielki (20 km) + zejście do Rabki Zdroju (ok. 7 km do centrum)

Czyli miało być ambitnie, z odcinkami po 30 km, których nie dało się uniknąć, ale jednocześnie tak, by się nie zarzynać po drodze. Ostatecznie szlak ma być przyjemnością. Nawet jeśli bolą nogi, deszcz leje na łeb czy inne atrakcje się przydarzą, jestem raczej za tym, aby z przejścia szlaku czerpać radość, a nie ścigać się z własnym cieniem. Jak jesteś górskim ninja, to możesz przejść, ba! – przebiec taki szlak nawet i w 3 dni, ale co, poza morderczym zmęczeniem, będziesz z niego pamiętać?

Jak już rozplanowaliśmy poszczególne odcinki i uznaliśmy, że taki scenariusz jest dla nas realny, zaczęłam rezerwować noclegi. Tu szkoły są dwie – jedni wolą zaklepać sobie wszystkie noclegi od razu z góry, inni wolą iść trochę na spontan i szukać dachu nad głową z dnia na dzień. Oba podejścia mają swoje plusy i minusy.

m

W pierwszym wariancie masz spokojną głowę, a z góry opłacone miejsca noclegów mobilizują bardziej do trzymania się ustaleń, ale za to nie masz żadnego marginesu i jak się coś nieprzewidzianego wydarzy, co spowolni Twój marsz lub wymusi dzień przerwy – cały plan się sypie lub jest trudny do zmiany. W drugim – tu z kolei jest trochę stresu czy aby na pewno uda się jakiś nocleg znaleźć i wiąże się to często z wiszeniem na telefonie, wydzwaniając w kolejne miejsca znalezione w sieci.

Oczywiście należymy z Krzyśkiem do przeciwstawnych opcji 😉 Dlatego, w drodze kompromisu, zrobiliśmy rezerwację na pierwsze 5 noclegów, do Kasiny Wielkiej, zostawiając sprawę ostatniego noclegu otwartą, co okazało się dobrym pomysłem, bo plan umarł czwartego dnia na szlaku. Tu należy dodać, że przejście MSB było tylko częścią naszego dwutygodniowego urlopu i wszystkie późniejsze noclegi już rezerwowałam na bieżąco, w zależności od sytuacji i aktualnych modyfikacji planu.

Taką “hybrydową” strategię właśnie Ci polecam – jeśli lubisz mieć wszystko zarezerwowane z góry, żeby nie musieć się o takie rzeczy za bardzo martwić, a planujesz dłuższą wędrówkę – rób rezerwacje na 2, góra 3 dni naprzód. Dzięki temu nie będziesz musiała codziennie poświęcać wieczora na wydzwanianie po kolejnych kwaterach (zwłaszcza w sezonie to może być trudne), a zostawisz sobie jakiś margines swobody na nieprzewidziane okoliczności.

Jeśli podoba Ci się to, co robię, możesz mi pomóc robić to dalej 🙂

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Mały Szlak Beskidzki dzień po dniu

Przejście całego Małego Szlaku Beskidzkiego zajęło nam 8 dni kalendarzowo, ale tak naprawdę to 6 dni i dwie połówki na starcie oraz na finiszu, bo sam szlak był częścią większego planu, w którym MSB łączył się ze zdobywaniem szczytów Korony Gór Polski w okolicy. Do tego należy doliczyć dzień 0, czyli przeznaczony na dojazd do początkowej kropki, niezależnie od której strony planujesz szlak zaczynać.

Z własnego doświadczenia – nie polecam np. podróży pociągiem całą noc i ruszania od razu na szlak. Zrobiliśmy tak rok temu, kiedy szliśmy górami wokół Ziemi Kłodzkiej i to nie był najlepszy pomysł, bo zmęczenie i niedospanie wychodzą bardzo szybko, mocno wpływając na formę podczas wędrówki. A Ciebie czeka kilka intensywnych dni, dlatego zadbaj o solidną porcję odpoczynku. Niezależnie czy zaczynać będziesz w Bielsku-Białej, czy Rabce Zdroju (skąd najszybciej można wejść na Luboń Wielki, gdzie zaczyna/kończy się MSB – jest tam schronisko, w którym możesz przenocować) – o ile nie mieszkasz przysłowiowy “rzut beretem” od tych miejscowości, zrób sobie w nich najpierw dzień 0 po przyjeździe, zjedz coś porządnego i solidnie się wyśpij.

Kotlina Kłodzka – dlaczego chcemy tu wrócić?

Zaczęło się nieźle – 3. 08. wieczorem stanęliśmy z plecakami na peronie Dworca Głównego w Szczecinie… W Kłodzku wysiedliśmy 4.08. rano. Pierwszy punkt planu wykonany. Potem zaczęły się schody…

Więcej

m

Dzień 0 – bajkowa Bielsko-Biała

Tak się składa, że mieszkamy na północy Polski, więc zarówno do Bielska-Białej, jak i do Rabki Zdroju, mamy daleko. Żeby nie marnować całego dnia z urlopu na dojazd, postanowiliśmy jechać w nocy i wykupiliśmy bilety na miejsca sypialne. Jakkolwiek jest to lepsza opcja od podróżowania całą noc siedząc, jednak ja następnego dnia byłam padnięta i cieszyłam się, że nie muszę zasuwać od razu z pociągu ponad 20 km z plecakiem.

Zamiast tego zostawiliśmy nasze plecaki w miejscu, gdzie mieliśmy nocować i zupełnie swobodnie poszliśmy pospacerować po uliczkach Bielska-Białej, wyszukując ciekawe smaczki w tutejszych lokalach gastronomicznych oraz poszukując kolejnych rzeźb postaci z kreskówek naszego dzieciństwa, które pochodzą właśnie z tutejszego Studia Filmów Rysunkowych.

Spędziliśmy w Bielsku-Białej tylko jeden pełny dzień, ale samo miasto zrobiło na nas bardzo przyjemne wrażenie i ogólnie polecam na weekend lub jako świetną bazę wypadową zarówno w Beskid Mały, jak i Śląski.

Rynek w Bielsku-Białej
Rynek w Bielsku-Białej

Dzień 1 – Bielsko-Biała Straconka – Schronisko na Hrobaczej Łące

Zaczęliśmy Mały Szlak Beskidzki dopiero o godzinie 14:30, mając w nogach już 17 km. Wcześniej bowiem poszliśmy z Bielska-Białej na Czupel – najwyższy szczyt Beskidu Małego, zaliczany do Korony Gór Polski. Na ten dzień zaplanowaliśmy więc krótki odcinek – tylko 7 km ze Straconki do Schroniska na Hrobaczej Łące.

Czupel najwyższy szczyt Beskidu Małego

Czupel (930 m n.p.m.) – największy w Beskidzie Małym

Czupel na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym szczególnym. Jak większość gór poniżej 1000 metrów nad poziomem morza, porośnięty jest (…) A mimo to, co roku, włażą na niego pewnie tysiące ludzi. Dlaczego?

Więcej

m

Na początku szliśmy asfaltową drogą, która odbijała w lewo od głównej ulicy i pięła się dość ostro pod górę. Nikt nie lubi na dłuższą metę twardej nawierzchni, zwłaszcza w ciężkich butach trekkingowych, ale ten kawałek po gładkim asfalcie pokonaliśmy całkiem sprawnie.

Potem weszliśmy w las, a upał tego dnia sprawiał, że z wdzięcznością przyjmowaliśmy każdy kawałek cienia. Z tego fragmentu szlaku w pamięć zapadły mi głównie kamienie. Już wtedy przeczuwaliśmy, że to będzie spora uciążliwość podczas wędrówki. Luźne kawałki skał na ścieżce wymuszały dodatkową czujność przy stawianiu stóp, które z każdym kilometrem coraz bardziej od nich bolały.

Do schroniska dotarliśmy późnym popołudniem. Zamówiliśmy po talerzu pysznych pierogów i zalegliśmy przy drewnianym stole na zewnątrz. Wieczorem poszliśmy na platformę widokową przy Krzyżu Milenijnym, żeby zobaczyć słońce zachodzące nad Pogórzem Śląskim. Niebo na horyzoncie opanowały chmury, więc zachód nie był spektakularny, ale ten wieczorny spokój z koncertem świerszczy w tle, był bardzo przyjemny i kojący.

Spaliśmy w Schronisku na Hrobaczej Łące. Cena noclegu: 70 zł od osoby. Mieliśmy do dyspozycji salę wieloosobową, ale byliśmy w niej sami. Była też łazienka, a raczej pomieszczenie za kuchnią, które stanowiło zaułek korytarza i mieściło w sobie kibelek, prysznic i umywalkę. Schronisko ma przyjemny klimat i prowadzą go bardzo fajni ludzie, choć standard przy tej cenie jest “taki sobie”. Cieszyliśmy się, że akurat byliśmy tam sami.

Realny dystans tego dnia: 7 km

Czas przejścia z uwzględnieniem przerw na odpoczynek: 3 godziny

 

Alternatywny plan na dzień 1:

Jeśli zaczynasz Mały Szlak Beskidzki rano, możesz ten odcinek wydłużyć aż do Chatki na Potrójnej, gdzie znajdziesz nocleg. Wówczas Twój dystans dnia będzie wynosił ok. 29 km. Weź jednak pod uwagę, że po drodze będziesz musiała zejść z Bujakowskiego Gronia do Żarnówki Małej, co oznacza ponad 400 metrów w dół, po czym wejść na Górę Żar – niespełna 500 metrów pod górę. Ten siedmiokilometrowy fragment jest dość forsowny i może Ci zająć 2,5-3 godziny. Całość trasy od Straconki do Chatki na Potrójnej zajmie Ci około 10 godzin marszu. Do tego dolicz przerwy na odpoczynek, których w żadnym wypadku nie należy zaniedbywać.

Możesz też poszukać noclegu w Żarnówce Dużej koło Międzybrodzia Bialskiego. Wówczas Twoja trasa pierwszego dnia będzie liczyć około 15 km na rozgrzewkę. Mimo, że do Żarnówki Dużej będziesz musiał dołożyć ok. 2 km od szlaku w jedną stronę, to jednak skrócenie dystansu z dnia drugiego nadal jest opcją wartą rozważenia.

Trzecią opcją jest dojście ze Straconki do Przełęczy Kocierskiej, gdzie znajduje się spory kompleks hotelowo-restauracyjny z aquaparkiem. Villa Kocierz to piękny obiekt, oferujący wiele wygód, ale trzeba się liczyć z wysoką ceną za nocleg (w granicach 400-600 zł w zależności od daty pobytu i rodzaju pokoju). Wybierając taki wariant, pokonujesz pierwszego dnia ok. 25 km i masz za sobą zejście do Żarnówki Małej oraz wchodzenie na Górę Żar.

kamieniste podejście ze Straconki na Hrobaczą Łąkę
Kamienista droga na Hrobaczą Łąkę
Schronisko na Hrobaczej Łące Beskid Mały
Schronisko na Hrobaczej Łące, Beskid Mały

Dzień 2: Schronisko na Hrobaczej Łące – Schronisko PTTK Leskowiec

Obudziliśmy się jeszcze przed budzikiem i zdecydowaliśmy się nie czekać aż zadzwoni. Po pierwszym dniu wędrówki czuliśmy się naprawdę dobrze. Stopy przez noc odpoczęły i nie bolały. Jedynie trzeba je było opatrzyć plastrami, żeby zminimalizować powstawanie pęcherzy, które zawsze nam się robią w określonych miejscach na stopach i po prostu trzeba ten etap “przejść”.

Zebraliśmy się do wymarszu dość sprawnie i – nie czekając na kuchnię, która miała być otwarta dopiero około ósmej rano – chwilę po siódmej ruszyliśmy na szlak. Mieliśmy ze sobą jedzenie, a więc brak śniadania przed wyjściem nie stanowił problemu. Czekał nas długi odcinek do przejścia, upał powyżej 30 stopni i duże przewyższenia, woleliśmy więc wyjść jak najwcześniej.

Na początek musieliśmy zejść do Żarnówki Małej, gdzie jest zapora na Sole. Szlak na początku prowadził łagodnie na Bujakowski Groń, z którego potem schodził dość stromo ponad 400 metrów w dół. Droga miejscami szła dnem niedużego wąwozu, co nie było zbyt wygodne. I znów po kamieniach, a jakże.

Przy zaporze zrobiliśmy sobie chwilę przerwy na zdjęcia, ale krótką, bo chcieliśmy jak najszybciej przejść najbardziej wymagający odcinek tego dnia – wejście na Górę Żar, czyli prawie 500 metrów podejścia.

Zaczęło się od asfaltu pomiędzy domami. Droga prowadziła dość stromo pod górę i ktoś o bardzo wyrafinowanym poczuciu humoru nazwał tu jedną z bocznych uliczek “Łagodna”. Po jakimś czasie weszliśmy w las i… zaczęły się znów kamienie.

Od samego rana czułam, że to będzie dla mnie ciężki fizycznie dzień. Na Górę Żar dowlokłam się dosłownie i cieszyłam się bardzo, że Krzysiek dotarł tam parę minut wcześniej i czekał już na mnie z zimnym piwem 0% zakupionym w barze na szczycie.

Góra Żar znana jest z tego, że znajduje się na niej zbiornik wodny elektrowni szczytowo-pompowej Porąbka-Żar. Działa to tak, że w nocy, kiedy energia jest tańsza, woda jest wpompowywana na górę, a w dzień spuszczana powoli i w ten sposób woda “produkuje” prąd, który jest wtedy droższy. Ekonomicznie to działa, ale energetycznie w sumie przynosi straty. Choć przy okazji jest atrakcją turystyczną.

Na Górze Żar, poza barem, znajduje się tor saneczkowy, multum automatów do gier i mnóstwo innych “pożeraczy pieniędzy”. Jest też ogromna ławka, na której każdy wygląda jak krasnoludek i która cieszy się dużym powodzeniem wśród odwiedzających.

Zrobiliśmy tu dłuższą przerwę niż planowaliśmy. Na szczęście dalsza część trasy miała już nie być tak forsowna, tylko długa. Do Schroniska Leskowiec zostało nam ponad 20 km.

Poszliśmy górą, wzdłuż zbiornika. Zaraz za nim zaczyna się kawałek asfaltu – to właśnie tędy należy iść. Po chwili szlak odbija w lewo w las. Tu zaczyna się podejście na Kiczerę, które od tej strony jest w miarę łagodne. Na Kiczerze znajduje się wiatka, miejsce na ognisko i polana z ładnym widokiem na okoliczne góry, ale z powodu długiego weekendu sierpniowego było tam sporo ludzi, więc nie zatrzymywaliśmy się na dłużej niż dwa szybkie zdjęcia. Zejście z Kiczery w stronę Kocierza było dość strome i oczywiście kamieniste. Ale dalej szlak już nie przysparzał żadnych trudności.

widok z Kiczery
Widok z Kiczery, Beskid Mały

Następna dłuższa przerwa wypadła nam na Przełęczy Kocierskiej. Nie wiedząc, czy zdążymy na otwartą kuchnię w Schronisku Leskowiec, zdecydowaliśmy się zatrzymać na odpoczynek w Karczmie na Kocierzu. Na pierwszy rzut oka wyglądała ona nam bardzo elegancko i chwilę się wahaliśmy, bo my tacy prosto z lasu i w ogóle, ale to była i tak jedyna dostępna restauracja w okolicy na tę chwilę (kawałek dalej była druga, w której akurat odbywało się wesele).

Nasze obawy, że trochę tam nie pasujemy, okazały się być na wyrost, a żurek i kwaśnica, które nam zaserwowano były doskonałe. Ja szczególnie polecam lokalne piwo bezalkoholowe – tak lekkiego i orzeźwiającego piwa nie piłam nigdzie indziej! Do teraz wspominam je z przyjemnością 🙂

Po przerwie na Przełęczy Kocierskiej szło nam się dużo lepiej, choć stopy od kamieni bolały, upał męczył bardzo, a droga się dłużyła. Za Czarnym Groniem złapałam już takie tempo, że kolejne kilometry stukały nam jeden za drugim, a i tak końca nie było widać. Na Leskowcu zaatakowały nas roje much, więc tylko zrobiłam dwa marnej jakości zdjęcia i uciekliśmy. Byliśmy zmęczeni i ciągle mieliśmy jednak nadzieję zdążyć na otwartą kuchnię w schronisku, do którego został nam jeszcze kawałek.

Udało się! Do schroniska dotarliśmy sporo po 19:00 i kuchnia niby była zamknięta, ale znalazł się dla nas jeszcze ciepły posiłek. Nocowaliśmy w pokoju wieloosobowym, który i tym razem mieliśmy tylko dla siebie. Nocleg kosztował nas 52 zł od osoby, dlatego że mamy zniżki dla Honorowych Krwiodawców i mieliśmy własne śpiwory. Bez zniżki nocleg kosztuje 65 zł od osoby. Leskowiec zrobił na nas bardzo dobre wrażenie. Było ciepło – aż za ciepło nawet – i przede wszystkim bardzo czysto. A pracujące tam panie są przemiłe i doskonale współtworzą świetną atmosferę tego miejsca 🙂

Realny dystans drugiego dnia: 32,5 km

Całkowity czas przejścia z uwzględnieniem przerw na odpoczynek: 12,5 h

Alternatywny plan na dzień 2:

Jeśli pierwszego dnia udało Ci się dojść do Chatki na Potrójnej i po przebudzeniu nie czujesz każdego mięśnia w nogach, opcją dla Ciebie na drugi dzień może być dojście aż do Zakrzowa, o którym będę pisać niżej. Taki odcinek będzie liczył ok. 32 km i musisz wziąć pod uwagę, że dużo będzie na nim asfaltu, co odczują Twoje stopy (jeżeli wędrujesz w twardych butach trekkingowych). W takich warunkach Twoje przejście MSB ma szansę skrócić się do 5 dni.

Jeżeli poprzedni dzień zakończyłaś w Żarnówce Dużej lub na Przełęczy Kocierskiej, wtedy polecam dojść do Leskowca i przenocować w tutejszym schronisku. Odcinek ten będzie krótszy niż nasz – z Żarnówki 27 km, z Przełęczy Kocierskiej tylko 13,5 km – ale nie ma co forsować tempa nadmiernie. Sił musi starczyć do końca, a to jeszcze daleko. Będzie to również korzystne przy planowaniu kolejnych etapów.

szczyt Leskowca w Beskidzie Małym
Szczyt Leskowca w Beskidzie Małym
Leskowiec Beskid Mały
Leskowiec, Beskid Mały
Schronisko PTTK Leskowiec
Schronisko PTTK Leskowiec

Dzień 3: Schronisko PTTK Leskowiec – Zakrzów

Nie planowaliśmy śniadania w schronisku, ale w wyniku drobnego zamieszania z poprzedniego wieczora, panie, które rządzą i opiekują się Leskowcem, nie chciały nas wypuścić bez pokaźnego kawałka szarlotki na głowę oraz kawy. Grzech było odmówić 🙂

Na ten dzień mieliśmy przewidziany nieco krótszy dystans, bo tylko około 25 km (ostatecznie wyszło nam 28 km), ale prognozy zapowiadały kulminację upału i dużą część szlaku mieliśmy iść asfaltem. Dlatego, pakując się rano, zostawiliśmy sobie sandały na wierzchu plecaków. Zdecydowaliśmy, że będziemy na tych odcinkach zmieniać buty na lżejsze, bo stopy nas i tak już bolały od kamieni na szlaku.

Z Leskowca, przyjemną drogą przez las z umiarkowaną ilością kamieni, zeszliśmy do Krzeszowa, które jest niewielką miejscowością, ale ma restaurację przy drodze, gdzie można odpocząć, zjeść ciepły posiłek i napić się czegoś. Dla nas było jeszcze za wcześnie na postój, ale jeśli pierwszego dnia dotarłeś do Chatki na Potrójnej i drugiego zmierzasz aż do Zakrzowa, to ta informacja może Ci się przydać. Nie odwlekaj wówczas postoju aż do Zembrzyc – tam z kolei nie ma nic. Dwa sklepy, jeden większy i mała cukiernia na rogu. To wszystko.

m

W Krzeszowie trzeba przejść po asfalcie lub betonowym chodniku nieco ponad 2 km. Niby niedużo, ale lepiej jest na takie odcinki mieć lżejsze obuwie. Najpierw szliśmy wzdłuż głównej drogi, od której po nieco ponad kilometrze trzeba skręcić w prawo. Pod górkę.

Na początku szlak prowadzi tu jeszcze chodnikiem pomiędzy domami, a potem wchodzi w las i wiedzie nie tyle drogą, co wąwozem po zboczu góry o nazwie Żurawnica. Podejście jest nieliche, przy czym najlepsze czeka Cię na końcu – ostatni odcinek przed wejściem na grzbiet Żurawnicy przy Kozich Skałach jest krótki, ale bardziej pionowy niż poziomy. Zdecydowanie wolałam tamtędy wchodzić niż gdybym miała schodzić. Jeszcze z plecakiem. Chyba zjeżdżając na tyłku, naprawdę.

ostre podejście na Żurawnicę i Kozie Skały
Ostre podejście na Żurawnicę i Kozie Skały
Kozie Skały
Kozie Skały
Droga do Zembrzyc
Droga do Zembrzyc

Dalej już było spokojnie. W Zembrzycach liczyliśmy na jakiś bar lub restaurację, żeby móc zrobić przerwę i napić się czegoś zimnego, ale jak już wspomniałam – nie było tam nic. Przeszliśmy więc przez miejscowość i minęliśmy żółty most na rzece Paleczce, za którym jest stacja uzdatniania wody. To istotny punkt na szlaku, bo znajdują się tu dwa krany, z których można uzupełnić zapas wody. Jeden z kranów znajduje się na ścianie budynku, drugi jest dosłownie parę kroków dalej. Nie omieszkaliśmy skorzystać z tej okazji, bo w upały wody potrzeba o wiele więcej niż zwykle.

Kawałek dalej mijaliśmy ośrodek rekolekcyjny Totus Tuus. Ja już bardzo potrzebowałam przerwy, więc weszliśmy na teren tego ośrodka, żeby zobaczyć co tam jest i czy mają może jakąś kawiarnię albo coś w tym stylu. Nie widzieliśmy niczego takiego, jedynie znalazłam automat z niezbyt zimnymi napojami i drobnymi przekąskami. Na piętrze była duża jadalnia i najwyraźniej właśnie przypadała pora obiadu, bo było tam bardzo dużo osób. Zanim oni wszyscy zaczęli schodzić na dół, skorzystałam z okazji, że na parterze były otwarte toalety, posiedzieliśmy jeszcze chwilę, przebraliśmy buty z sandałów na trekkingowe i poszliśmy dalej. Chyba nie powinniśmy się tam pakować na teren tego ośrodka, ale ostatecznie nikt nas stamtąd nie wyganiał 😉

Zmiana obuwia na ciężkie treki była zdecydowanie przedwczesna. Droga cały czas prowadziła asfaltem pomiędzy rozsianymi tu i ówdzie zabudowaniami. Żar lał się z nieba i chwilami naprawdę ciężko się szło. Ogromnie ucieszyłam się na pierwsze skrawki lasu przed górą Chełm. Tu szliśmy już szczytową częścią góry i pomiędzy drzewami – od razu było lepiej!

Symboliczny grób żołnierzy AK na szlaku
Symboliczny grób żołnierzy AK na szlaku

Nasz nocleg wypadał w Ośrodku Wypoczynkowo-Rekolekcyjnym Caritasu w Zakrzowie. Żeby tam trafić trzeba dosłownie kawałek odejść zielonym szlakiem od MSB. Ośrodek nie znajduje się w samym Zakrzowie, a w głębi lasu, zaraz przy Małym Szlaku Beskidzkim. To spory obiekt, z basenem, kortem tenisowym, siłownią i innymi udogodnieniami. Za 80 zł od osoby dostaliśmy pokój z łazienką i pościel w cenie. Zdecydowaliśmy się też dokupić obiadokolację w dniu przybycia i śniadanie następnego dnia. Koszt każdego posiłku to 20 zł od osoby, czyli łącznie z wyżywieniem kosztowało nas to 120 zł na głowę. Obiadokolację dostaliśmy tak dużą, że nie byliśmy w stanie wszystkiego zjeść, a śniadanie w formie bufetu było naprawdę urozmaicone i zdecydowanie warte swojej ceny.

Realny dystans trzeciego dnia: 27,5 km

Całkowity czas przejścia z uwzględnieniem przerw na odpoczynek: 8,5 h

Alternatywny plan na dzień 3:

Nic bym tu nie zmieniła. Ten odcinek był w sam raz jak na ten etap szlaku, uwzględniając duży udział odcinków asfaltowych.

Jeśli pierwszego dnia udało Ci się ruszyć na szlak rano, zakończyć marsz w Chatce na Potrójnej i czujesz się na siłach przejść trasę ponad 30 km (z mapy wychodzi 32 km, ale z moich pomiarów bardziej stawiałabym na 35 km), to możesz ten fragment przejść w ramach swojego drugiego dnia. Możesz też zakończyć ten etap w Zembrzycach – jest tam dworek, w którym można przenocować i schronisko (link do ich strony tutaj). Ale wtedy kolejny dzień znacznie się wydłuży (bardzo znacznie, do ponad 35 km), więc raczej rekomendowałabym zaplanować dojście do Zakrzowa.

Ośrodek Wypoczynkowo-Rekolekcyjny w Zakrzowie
Ośrodek Wypoczynkowo-Rekolekcyjny w Zakrzowie

Dzień 4: Zakrzów – Myślenice

Wstaliśmy jak zwykle wcześnie, bo chwilę po 6:00 rano, ogarnęliśmy się i zeszliśmy o 7:00 na śniadanie. Wybór serów, past różnego rodzaju, wędlin, pasztetów był tak duży, że niemożliwością byłoby spróbować wszystkiego. Po posiłku skusiliśmy się na kawę z ekspresu, żeby już od razu nie uciekać i jeszcze chwilę przedłużyć tę przyjemność 🙂

Od budynku, w którym mieścił się nasz pokój, do powrotu na Mały Szlak Beskidzki musieliśmy przejść około kilometra. Co ciekawe, dzień wcześniej, gdy schodziliśmy w dół, ten odcinek wydawał nam się o wiele dłuższy. Rano – wypoczęci i najedzeni, przeszliśmy go migiem.

Dotąd też nie odczuwaliśmy jakiegoś większego kryzysu. Owszem, bolały stopy od kamieni i porobiły nam się pęcherze, ale to nie było nic, czego byśmy się nie spodziewali i na co nie byliśmy przygotowani. Mimo upału, kłód rzucanych (mi) pod nogi przez własną fizjologię, sporych dystansów codziennie… szło nam się zadziwiająco gładko. To podejrzane – czwarty dzień i nadal wszystko idzie zgodnie z planem? 😉

To miał być dość nudny odcinek. Wprawdzie do przejścia mieliśmy 30 km, ale przy mniejszych przewyższeniach, bez intensywnych wspinaczek i zejść, poza może podejściem na Babicę, bez dramatów, ogólnie łagodniej. Naszym celem były Myślenice i Dom Wycieczkowy PTTK, który znajduje się na końcu miasta (jak się idzie od tej strony) i dosłownie przy samym szlaku.

Pierwsze 7 km poszło nam gładko. Prawie do samej Palczy droga była niemal płaska, dopiero przed samą miejscowością zejście zrobiło się delikatnie ostrzejsze. Przez Palczę szliśmy dosłownie kilkaset metrów, więc nie zmienialiśmy butów na bardziej miękkie. Nie widzieliśmy na tym odcinku w miejscowości nic poza przystankiem autobusowym – do najbliższego sklepu trzeba by przejść około kilometra wzdłuż głównej drogi (od strony góry Chełm – w lewo).

Za Palczą rozpoczęliśmy podejście na najwyższy szczyt tego dnia – Babicę. Na początku jest ono miejscami dość strome, ale potem wypłaszcza się i… dłuży. Po drodze zdarzają się otwarte polany, z których podziwiać można panoramę Beskidu Żywieckiego i Wyspowego. Nie zatrzymywaliśmy się na nich jednak długo, bo prażące słońce szybko zamieniłoby nas w smętne skwarki na środku kamienistej drogi. Żarty żartami, ale dzień i tak był trochę chłodniejszy od poprzednich – ledwie 28 stopni.

Na Babicy zrobiliśmy pierwszy dłuższy postój na odpoczynek tego dnia. Taki ze zdjęciem butów celem przewietrzenia stóp i przekąską w postaci orzechów. Po 13 kilometrach. Potem okazało się, że mogliśmy jeszcze przejść kolejne 1,5-2 km i dopiero tam zrobić przerwę, przy kaplicy Św. Huberta, gdzie była wiata, ławki, miejsce na ognisko… Pełen luksus. Gdybym o tym wiedziała, zrobiłabym krótszą przerwę w Palczy na przystanku autobusowym i potem dłuższą właśnie przy kaplicy. Bo jednak 15 km cięgiem to dla mnie zbyt długi odcinek na raz.

Widok z drogi na Babicę
Widok z drogi na Babicę
szczyt Babicy
Szczyt Babicy

Do Myślenic zostało nam jeszcze około 16 km. Szlak prowadził praktycznie cały czas przez las. Sucha gleba była ubita na beton i marsz leśnymi ścieżkami niewiele się tu różnił od dreptania po asfalcie. Nasze stopy odczuwały to mocno. Chwile ulgi znajdowaliśmy w… chodzeniu po błocie 🙂 Tu i ówdzie stały bowiem duże kałuże, niektóre już chyba zyskiwały status małych jezior okresowych z własnym ekosystemem. Nie wchodziliśmy do nich, bo trudno było oszacować ich głębokość, ale kałużom towarzyszyły miejscami fragmenty nie zaschniętego błota i po nim maszerowaliśmy coraz chętniej.

Im bliżej Myślenic, tym więcej mijaliśmy kapliczek. Przy niektórych były drewniane ławki ze stolikiem, w sam raz, aby na chwilę usiąść i odpocząć.

W końcu doszliśmy do Myślenickiej Lipki. To miejsce, gdzie jeszcze niedawno (chyba do 2015 roku) rosła lipa, której wiek szacowano na około 200 lat i która była nieoficjalnym symbolem Myślenic. Stara lipa zakończyła niestety swój żywot, ale nieopodal zasadzono nową. Znajduje się tu również kaplica z obrazem Matki Boskiej.

Panorama Myślenic
Panorama Myślenic

Myślenice widzieliśmy już jak na dłoni. Według mapy czekało nas tylko jeszcze zejście, dosłownie kawałek, drogą przez łąki aż do pierwszych ulic miasta. Na Plebańskiej Górze, gdzie rośnie lipa (ta nowa), przy kapliczce, zdecydowaliśmy się na chwilę przerwy i zmianę butów na sandały. Chcieliśmy jak najszybciej dojść do miasta i miejsca noclegowego, bo niebo nad nami chmurzyło się i już wcześniej postraszyło paroma kroplami deszczu.

I to był nasz błąd. Za wcześnie zmieniliśmy buty. Ścieżka przez łąki chwilę później przestała być taka grzeczna i nabrała ambicji zostania wąwozem. Szliśmy jego krawędzią, bo tak było choć trochę wygodniej, ale do komfortu marszu w tych okolicznościach w sandałach brakowało sporo. Dosłownie ze 100 metrów przed pierwszą ulicą z chodnikiem i równą nawierzchnią, Krzysiek krzywo postawił nogę i wykręcił kostkę. Na szczęście nie tak bardzo, żeby nie móc chodzić.

Przeszliśmy przez miasto i usiedliśmy na obiad w restauracji na myślenickim rynku. Spędziliśmy ponad godzinę w restauracyjnym ogródku. Według prognoz pogody miało padać i rzeczywiście wyglądało, jakby zbierało się na deszcz, który ostatecznie nie spadł. Zrobiliśmy po drodze drobne zakupy, zahaczyliśmy o aptekę przy szpitalu i doszliśmy do Domu Wycieczkowego PTTK, gdzie mieliśmy nocować. Kostka Krzyśka nie bolała za bardzo, ale spuchła i nie miał pełnego komfortu w chodzeniu w związku z tym. Dalszy ciąg wędrówki stanął pod znakiem zapytania, ale decyzję o jej kontynuowaniu lub przerwaniu odłożyliśmy do następnego dnia rano.

Realny dystans czwartego dnia: 32 km

Całkowity czas przejścia z uwzględnieniem przerw na odpoczynek: 11 h

Alternatywny plan na dzień 4:

Nie zmieniłabym nic w tym dniu. Jedynie może troszkę inaczej rozplanowałabym postoje i np. zamiast na Babicy, odpoczęłabym krótszą chwilę w Palczy, a potem przy kaplicy Św. Huberta około 2 km za Babicą.

Rynek w Myślenicach
Rynek w Myślenicach

Dzień 5: Myślenice – Kasina Wielka

Wszystko tego dnia szło jak po grudzie.

Rano kostka Krzyśka nadal była opuchnięta, ale mówił, że go nie boli, może chodzić i zdecydował, że kontynuujemy wędrówkę.

Z Myślenic wyszliśmy dość późno, bo już po 8:00 rano. Pierwsze 2 km trasy są mocno pod górkę i ich przejście zajęło nam prawie godzinę. Potem było już sporo lepiej aż do Schroniska na Kudłaczach, gdzie zrobiliśmy pierwszy postój. Tam zorientowałam się, że nie włączyłam rano aplikacji do mierzenia trasy w telefonie, tylko w zegarku, więc umknęło mi jakiś 9 km z rejestru.

Przerwa w schronisku trochę nam się przeciągnęła, bo w międzyczasie nadeszły burzowe chmury. Prognozy pogody zapowiadały wprawdzie deszcze na ten dzień, ale bardziej na popołudnie. Burza jednak w nosie miała prognozy i przetaczała się nad górami teraz. Ostatecznie przeszła bokiem, więc po godzinie ruszyliśmy dalej.

Górskie łąki w drodze do Schroniska na Kudłaczach
Górskie łąki w drodze do Schroniska na Kudłaczach
Schronisko na Kudłaczach w burzą w tle
Widok ze Schroniska na Kudłaczach z burzą w oddali

Kolejna fala burzowych chmur przywitała nas dosłownie tuż przed Lubomirem. Jakiego ja nagle dostałam przyspieszenia przy wejściu na szczyt, jak usłyszałam burzowe pomruki nad głową! Całe szczęście, że na szczycie jest wiatka, pod którą mogliśmy się schronić, bo momentami lało naprawdę nieźle.

Po niedługim czasie pod wiatą dołączył do nas mężczyzna z dwójką dzieci, a parę chwil po nim jeszcze para z dziewczynką. Nikt z nich, ale to nikt nie był przygotowany na deszcz w górach. Wszyscy przemoknięci, bez kurtek ani choćby pelerynek, przemarznięci, bo temperatura nagle spadła o dobre 10 stopni.

Ja rozumiem, że – przynajmniej ta para z córeczką – przyjechali do Schroniska na Kudłaczach samochodem, planowali tylko krótką wycieczkę na Lubomira i zaraz wrócą spokojnie do domu. Ale mimo wszystko zawsze trzeba mieć ze sobą coś w razie nagłego załamania pogody. Nawet jeśli ruszasz na krótki szlak, słońce świeci jak szalone, a na niebie nie ma ani pół chmury i prognozy też ich nie przewidują – spakuj do plecaka odzież przeciwdeszczową lub lekką pelerynę i na wszelki wypadek weź jakąś bluzę. Nigdy nie wiadomo. Byłam w życiu świadkiem wielu nagłych pogodowych zwrotów akcji. Czasem to kwestia kilku/kilkunastu minut.

Pod wiatą na Lubomirze staliśmy dobrą godzinę zanim burza przeszła, a deszcz uspokoił się na tyle, że można było ruszać dalej. Czekając na poprawę pogody, patrzyliśmy na budynek Obserwatorium Astronomicznego, który znajduje się na szczycie, ale niestety jest czynne tylko w weekendy. Szkoda, chętnie byśmy je zwiedzili. Zamiast tego szybko wbiliśmy tylko pieczątki do książeczek zdobywców Korony Gór Polski, cyknęliśmy po pamiątkowej fotce i poszliśmy dalej w stronę Kasiny Wielkiej.

Reszta drogi to było ściganie się z czasem przed kolejną falą opadów, która niewątpliwie miała nadejść. Woda opadowa w wysokiej temperaturze szybko parowała, dodając drodze tajemniczego klimatu. Tylko czekać aż utworzy kolejną chmurę, z której znów lunie deszcz.

Niestety, nie udało nam się, choć zabrakło niewiele. Już za Wierzbanowską Górą zaczęło kropić, a im bliżej byliśmy Kasiny Wielkiej, tym deszcz padał coraz intensywniej. Kiedy doszliśmy do drogi, najpierw myśleliśmy, że już niemal jesteśmy w Kasinie, ale okazało się, że źle spojrzeliśmy na mapę – przed nami był jeszcze Dzielec do pokonania i dopiero za nim zejście do Kasiny Wielkiej. Ze względu na pośpiech i niesprzyjające warunki, cały ten odcinek zlał mi się w jedno w pamięci. Choć prawdę mówiąc, nie było na nim nic ciekawego ani wartego zapamiętywania. Ot, droga przez las po małych górkach i błocie.

Tyle dobrego, że nasze zabezpieczenia przed deszczem zdały test – rzeczy w plecakach były suche. Buty w środku też. Niestety, nie zapisałam adresu naszego noclegu w notatniku w telefonie, tylko w zeszycie, którego w strugach deszczu nie mogłam wyjąć z plecaka. Internet zawodził, Google Maps nie pomagało znaleźć obiektu. Zrobiło się trochę nerwowo, ale na szczęście poradziliśmy sobie.

Do pensjonatu Por Różą dotarliśmy mokrzy, ubłoceni i w momencie, kiedy deszcz przestawał już padać. Byliśmy zmęczeni, zniechęceni i nie mieliśmy najmniejszej ochoty następnego dnia znów ruszać na szlak. Pensjonat był bardzo przyjemny, więc postanowiliśmy przedłużyć nasz pobyt i zrobić sobie dzień przerwy. Opuchniętej nodze Krzyśka też na pewno przydał się odpoczynek.

Realny dystans piątego dnia: 26 km

Całkowity czas przejścia z uwzględnieniem przerw na odpoczynek: 10,5 h (musieliśmy przeczekiwać burze = ok. 2h)

Alternatywny plan na dzień 5:

Nic bym tu nie zmieniła. Dystans 25 km jest w sam raz do pokonania w ciągu dnia, a góry na tym odcinku nie są wysokie, więc i przewyższeń tak wiele nie ma. Jeśli masz możliwość, zaplanuj swoje przejście MSB tak, aby ten dzień przypadał na weekend. Wówczas może uda Ci się zwiedzić Obserwatorium Astronomiczne na Lubomirze.

Dzień 6: Kasina Wielka (odpoczynek)

Rano nad łąkami unosiły się mgły, które w promieniach wschodzącego słońca momentami przypominały złoty dym. “Nasza góra” – ta, na którą mieliśmy się wspinać nazajutrz, Lubogoszcz, otulona była szalem z chmur. Wieś jeszcze spała. Albo takie sprawiała wrażenie. Tylko kogut zapiał niepewnie, a z oddali słychać było przejeżdżający samochód.

Ależ przyjemnie było wstać rano i móc powylegiwać się jeszcze w ciepłym łóżku. Żadnego pakowania, ciężaru na plecach. Zamiast tego zapach kawy, unoszący się w pokoju. I ten widok z balkonu naszego pokoju. Bajka.

mglisty poranek w Kasinie Wielkiej
Mglisty poranek w Kasinie Wielkiej
Widok z balkonu naszego pokoju na Lubogoszcz
Widok z balkonu naszego pokoju na Lubogoszcz

Mieszkaliśmy tu w przytulnym pokoju na piętrze. Do dyspozycji mieliśmy balkon, kuchnię z lodówką, kuchenką i całkiem dobrym wyposażeniem oraz łazienkę na korytarzu, ale świetnie urządzoną i bardzo czystą, a ja zawsze zwracam uwagę na takie rzeczy. Nie brakowało nam tu niczego. Przed wyruszeniem na szlak poleciła mi ten obiekt osoba, która sama szła MSB trochę wcześniej, a ja z pełnym przekonaniem polecam go Tobie.

nasz pokój w Pensjonacie Pod Różą w Kasinie Wielkiej
zdjęcie naszego pokoju w Pensjonacie Pod Różą w Kasinie Wielkiej
Pokoje Gościnne Pod Różą

Potrzebowaliśmy takiego dnia po wczorajszych przebojach. Niespiesznego śniadania. Zakupów w lokalnym sklepie. Ugotowania sobie obiadu i… zrobienia prania. Zwłaszcza mnie to ostatnie bardzo ucieszyło, bo Krzysiek zabrał ze sobą więcej rzeczy, odliczone na wszystkie dni planowanej wędrówki (także jeszcze po MSB mieliśmy dalsze plany), a ja tylko minimum, więc wypranie rzeczy, w których chodziłam ostatnie kilka dni było nie lada luksusem.

Protip dla wędrujących: sklep w Kasinie Wielkiej jest świetnie przygotowany pod tym kątem i wiele rzeczy, zwłaszcza kosmetyków, można kupić w małych opakowaniach, a niektóre – np. kapsułki do prania – nawet na sztuki. Genialne!

W Kasinie Wielkiej spędziliśmy miły, leniwy dzień na odpoczywaniu i planowaniu kolejnych etapów. Oraz szukaniu noclegów. Zaczynał się właśnie weekend i okazało się, że znalezienie dachu nad głową na najbliższe 2 dni wcale nie jest takie proste.

Ostatecznie, ze względu na ciągle opuchniętą kostkę Krzyśka i prognozy pogody, zapowiadające popołudniowe burze na kolejne dni, zdecydowaliśmy się podzielić ostatni odcinek Małego Szlaku Beskidzkiego na dwa dni. Pierwszy etap – przejście przez Lubogoszcz do Mszany Dolnej. I drugi – z Mszany Dolnej na Luboń Wielki, gdzie kończy się szlak i dalej zejście do Rabki Zdroju. Pierwotnie planowaliśmy całą tę trasę na jeden dzień, ale w tych okolicznościach bardziej wskazane były krótsze, kilkunastokilometrowe odcinki.

Alternatywny plan na dzień 6:

Tu można po prostu nie robić dnia przerwy, tylko iść prosto na Luboń Wielki i zakończyć Mały Szlak Beskidzki. Z Kasiny Wielkiej będziesz miał wtedy do przejścia 21 km. Ale ze względu na ostre podejścia na Lubogoszcz oraz Luboń Wielki, nie będzie to łatwa trasa, dlatego zadbaj o odpowiedni zapas czasu na nią. Na Luboniu Wielkim możesz przenocować w schronisku albo zejść do Rabki Zdroju. W tym ostatnim wariancie, do centrum Rabki, Twoja droga wydłuży się do ok. 28 km.

Można też ten odcinek rozłożyć na dwa dni tak, jak my to zrobiliśmy i jak opisuję niżej.

Dzień 7: Kasina Wielka – Mszana Dolna

Pensjonat Pod Różą opuściliśmy około 7:30 rano. Trochę z żalem, bo wygodnie nam tam było i przyjemnie bardzo. Ale szlak się sam nie przejdzie i trzeba było ruszać już w dalszą drogę.

Początek trasy był bez szału. Szlak prowadzi dobre 2 km wzdłuż drogi, po której samochody mkną jak szalone, więc trzeba zachować ostrożność. Nic fajnego.

Potem szlak odbija przy kaplicy w prawo w las i zaczyna się główna atrakcja dnia – podejście na Lubogoszcz. Przez pierwsze metry jeszcze jest miło, ale już po chwili zaczyna się konkretna wyrypa, która kończy się dopiero na szczycie Lubogoszczy. Do podejścia jest około 400 metrów, z czego większość na ostatnim kilometrze. Ostatnim z dwóch (z kawałkiem).

Nie było aż tak upalnie, jak w poprzednich dniach, ale okrutnie parno. Koszulkę, spodnie, gacie – wszystko miałam mokre. Burza po południu była pewniakiem w tych warunkach.

Te 2,2 km szliśmy aż godzinę i 20 minut. Ten drugi kilometr był naszym najdłuższym czasowo na całym szlaku.

Droga na Lubogoszcz
Droga na Lubogoszcz
My na szczycie Lubogoszczy
My na szczycie Lubogoszczy
Lubogoszcz Zachodni szczyt
Lubogoszcz Zachodni – szczyt

Na szczycie Lubogoszczy stoi krzyż, są ławeczki, na których można odpocząć i kamień pamięci Andrzeja Cyrwusa, miłośnika Beskidu Wyspowego. Lubogoszcz ma zresztą trzy wierzchołki – Lubogoszcz, Lubogoszcz Zachodni i Zapadlisko. Przez pierwszy się przechodzi, przez drugi prawie – trzeba zrobić kilka kroków w bok od szlaku (dojście jest oznaczone), a trzeci jest całkiem na uboczu i nie prowadzi nań żadna ścieżka.

Południowo-zachodnie zbocze Lubogoszczy, schodzące do Mszany Dolnej, jest trochę mniej strome niż od strony Kasiny Wielkiej. Ale to nieznaczne różnice. Tym bardziej uznaliśmy to za dobry pomysł, że te ostatnie kilometry MSB podzieliliśmy na dwa dni.

Beskid Wyspowy nazywa się tak dlatego, że tu każda góra jest osobno. Nie ma tak, że wchodzisz na jakąś, a potem idziesz sobie granią. Wchodzisz, schodzisz, wchodzisz na kolejną, schodzisz i tak po kolei. Rozrysowane na mapie poziomice wyglądają jak archipelag wysp na morzu. Góry Beskidu Wyspowego są gęsto zalesione, więc “wyspy” na mapie mają dodatkowo kolor zielony.

Na zachodnim stoku Lubogoszczy znajduje się baza szkoleniowo-wypoczynkowa Krakowskiego Szkolnego Ośrodka Sportowego. Nie byliśmy tam, więc nic ci o samym ośrodku nie opowiem, bo widziałam jedynie drogowskazy do niego. Dlaczego więc o nim wspominam? Bo gdyby tylko na drogowskazach się kończyło, sprawa byłaby OK. Ale nie. Najwyraźniej ktoś wpadł tam na świetny pomysł, żeby wymalować do owej bazy szlak. Czerwony. Taki, jak ten, którym idziesz. No, nie do końca. Jak się tym oznaczeniom przyjrzysz, to zauważysz, że format oznakowania jakby nie ten, jakieś nieforemne te znaki, większe troszkę od tych “petetekowych” i nie takie równiutko wymalowane. Ale pomylić się jest łatwo i uważam, że to bardzo nieładne działanie osób prowadzących Bazę. Mnie to do nich bardzo zniechęciło.

Szczególną więc uwagę zwracaj na znaki, zwłaszcza jak idziesz Małym Szlakiem Beskidzkim w drugą stronę – z Lubonia Wielkiego do Bielska-Białej. Mam wrażenie, że to samowolne malowanie szlaku przez śmieszków z Bazy może być bardziej mylące jak się idzie od strony Mszany Dolnej niż jak się do niej schodzi.

Ogólnie szlak w tej okolicy jest wymalowany jakby z mniejszą starannością niż obserwowałam to dotąd. Bo muszę przyznać, że Mały Szlak Beskidzki jest naprawdę bardzo dobrze oznakowany i można by nim iść nawet bez mapy (mimo wszystko polecam ją mieć), ale pomiędzy Kasiną Wielką a Luboniem Wielkim zdarzają się miejsca, gdzie nie bardzo wiadomo, co dalej (i wtedy mapa się przydaje).

Jednym z takich miejsc jest skrzyżowanie za Zapadliskiem, gdzie dodatkowo wymalowano jeszcze ten “fałszywy” czerwony szlak.

Drugim, troszkę podstępnym miejscem, jest polana, na którą wychodzi się z lasu, schodząc z Lubogoszczy do Mszany Dolnej. Otóż jest łąka, żadnych znaków, ale widać wyraźną ścieżkę i wiadomy jest kierunek, bo Mszanę Dolną widać przed sobą. Na środku łąki wyrastają nagle drzewa, ciasno przy sobie, że dopiero z bliska można dostrzec zarastający niewielki jar pomiędzy nimi. Minęliśmy te drzewa po prawej stronie, idąc dalej ścieżką, a tam nagle pojawiło się przed nami ogrodzenie. Cofnęliśmy się – po lewej też widać ścieżkę, tylko mniej wydeptaną. Poszliśmy nią i trafiliśmy w chaszczowisko. Koniec końców i tak trafiliśmy do tego jaru. Od początku należało po prostu wleźć w te krzaki na środku łąki.

Podstępny odcinek drogi z Lubogoszczy do Mszany Dolnej
Z prawej? Z lewej? Nie. Szlak prowadzi dokładnie środkiem przez te drzewa 🙂
Widok na Lubogoszcz od strony Mszany Dolnej
Widok na Lubogoszcz od strony Mszany Dolnej

Dalej nie ma już żadnych wątpliwości. Parę chwil później zaczynają się zabudowania i weszliśmy do Mszany Dolnej. Nocowaliśmy w tutejszej szkole, w której znajduje się schronisko PTSM. Jego jedyną zaletą była cena – 30 zł od osoby – i że w sumie mieliśmy całą szkołę dla siebie. Niestety, akurat trwał w niej wakacyjny remont, więc wszystko było w pyle i kurzu. W dodatku coś mnie pogryzło na stopie, co wyglądało na ugryzienia pluskiew, choć przyznaję, że wykryłam to po czasie, więc nie mam 100% pewności, że ugryzienia powstały właśnie tam, ale biorąc pod uwagę stan miejsca noclegowego, wydaje mi się to prawdopodobne.

W każdym razie, gdybym szukała noclegu w Mszanie Dolnej, to następnym razem jednak w innym miejscu. Mimo iż pani, z którą rozmawiałam przez telefon i druga, która przekazywała nam klucze do szkoły, były bardzo miłe.

Realny dystans siódmego dnia: 12 km

Całkowity czas przejścia z uwzględnieniem przerw na odpoczynek: 5 h

Alternatywny plan na dzień 7:

Wielkiego pola manewru tu już nie ma i można po prostu nie kończyć marszu w Mszanie Dolnej, a iść do końca szlaku na Luboń Wielki. Będziesz miał wtedy do przejścia 21 km. Ale ze względu na ostre podejścia na Lubogoszcz oraz Luboń Wielki, nie będzie to łatwa trasa, dlatego zadbaj o odpowiedni zapas czasu na nią. Na Luboniu Wielkim możesz przenocować w schronisku albo zejść do Rabki Zdroju. W tym ostatnim wariancie, do centrum Rabki, Twoja droga wydłuży się do ok. 28 km.

Rzeka Mszanka w Mszanie Dolnej
Rzeka Mszanka w Mszanie Dolnej

Dzień 8: Mszana Dolna – Luboń Wielki

Mszana Dolna w niedzielny poranek była cicha. Puste ulice, puste chodniki, nawet Mszanka jakby zwolniła swój bieg. Umówiliśmy się z panią ze szkoły na oddanie klucza na 7:30, więc o tej godzinie byliśmy już gotowi do drogi.

Pierwsze dwa kilometry szlaku prowadzą przez Mszanę Dolną i Zarąbie. Przy kaplicy św. Ambrożego kończy się asfalt, więc zrobiliśmy chwilę przerwy na zmianę butów i śniadanie.

Kaplica Św. Ambrożego za Mszaną Dolną
Kaplica Św. Ambrożego za Mszaną Dolną
Widok na Luboń Wielki
Widok na Luboń Wielki

Dalej droga prowadzi jeszcze kawałek prosto, po czym trzeba odbić lekko w prawo, w stronę lasu. Na początku musieliśmy trochę podejść pod górę, ale potem szlak się wypłaszcza i prowadzi spokojnie przez łąki bądź skrajem zagajników. Na takim spokojnym marszu minęło nam mniej więcej trzy czwarte ostatniego odcinka MSB.

Przy Okrągłej szlak schodzi przez łąkę do miejscowości Glisne. Znów przywitał nas asfalt i to prawie 2 km, ale na szczęście już ostatni. Nie zmienialiśmy butów, szkoda nam było czasu. Na skraju Glisnego, w stronę Tenczyna, znajduje się nieduży parking. Nie widziałam tam informacji o cenie, ale jest tabliczka mówiąca o terenie prywatnym. W tym miejscu zielony szlak skręca w prawo na Szczebel, a czerwony w lewo – na Luboń Wielki. Przed nami ostatnie podejście na szlaku.

Glisne
Glisne

Mały Szlak Beskidzki kończy się prawdziwie z przytupem. Podejście na Luboń Wielki bardzo dba o to, byś poczuł każdy pokonany dotąd kilometr i dobrze zapamiętał tę ostatnią górę. Nachylenie terenu miejscami sięga 40% i nie ma żartów. Kolejny raz cieszę się, że wybraliśmy ten kierunek MSB, bo jak sobie przypomnę ten kawałek ściany przede mną, to nie chciałabym tamtędy schodzić z plecakiem. Mam wrażenie, że mogłoby się to zadziać szybciej i bardziej dynamicznie, niż bym sobie tego życzyła 😉

Ale jak już ten najgorszy kawałek przeszliśmy, to potem – wprawdzie ciągle mocno pod górę, a jakże – nie było tak źle. Cała trasa z Mszany Dolnej na Luboń Wielki (wliczając w to krótkie poszukiwanie hot-dogów na stacji benzynowej na wylocie z Mszany – od razu mówię, że nie maja) zajęła nam 3 godziny 42 minuty. To dużo, biorąc pod uwagę, że to tylko 9 km. To mówi wiele o intensywności podejścia na Luboń Wielki.

Na szczycie Lubonia Wielkiego był tłum ludzi. Przy stoliku obok nas siedziała grupka ze Śląska i z rozmowy wynikało, że przyszli tu na luzie, niebieskim szlakiem z Jordanowa przez Mały Luboń. Tam to jest rzeczywiście inna rozmowa i lekki spacerek w porównaniu ze szlakiem czerwonym od strony Glisnego.

Końcowa kropka Małego Szlaku Beskidzkiego na Luboniu Wielkim
Końcowa kropka Małego Szlaku Beskidzkiego na Luboniu Wielkim
Luboń Wielki szczyt
Luboń Wielki, szczyt
Ja przy szlakówce z końcową kropką MSB
Ja przy szlakówce z końcową kropką MSB
Schronisko na Luboniu Wielkim
Schronisko na Luboniu Wielkim

Na Luboniu Wielkim znajduje się platforma widokowa, radiowo-telewizyjna stacja nadawcza, punkt meteorologiczny oraz nieduże schronisko, w którym można przenocować. Cena jest bardzo atrakcyjna, ale warunki noclegowo-sanitarne mocno podstawowe (może nie być prysznica, toaleta jest na zewnątrz w postaci całkiem zadbanej “sławojki”). My dotarliśmy na szczyt przed południem, dlatego nie myśleliśmy nawet o noclegu tutaj. Zjedliśmy jedynie gulasz i kwaśnicę (bardzo dobre!), napiliśmy się zimnego piwa, odpoczęliśmy trochę, zrobiliśmy oczywiście zdjęcia z końcową kropką Małego Szlaku Beskidzkiego i ruszliśmy – tym razem już niebieskim szlakiem – do Rabki Zdroju, żeby tam zakończyć naszą MSB-ową przygodę.

Realny dystans ósmego dnia: 9,3 km (+ 3,8 km do Rabki-Zdrój Zaryte)

Całkowity czas przejścia z uwzględnieniem przerw na odpoczynek: 3 h 40 min (+ 1,5 h do Rabki-Zdrój Zaryte)

Widok z Lubonia Wielkiego
Widok z Lubonia Wielkiego

Mały Szlak Beskidzki – podsumowanie + film

To był nasz pierwszy szlak długodystansowy, który przeszliśmy “po bożemu” od początku do końca, czyli od kropki do kropki. Po drodze było wszystko: lasy, pola, łąki, asfalt, kamienie, więcej kamieni, rzeki, upał, deszcz, burze, kontuzja, zmiany planów… Były chwile radości, podziwiania pięknych widoków, przyjemności z wędrówki, ale także zwątpienia, stresu, drobnych niesnasek, bólu stóp…

Cieszę się bardzo, że tym szlakiem poszliśmy. Cieszę się, że się nam udało go dokończyć. Choć kiedy dotarliśmy wreszcie na szczyt Lubonia Wielkiego nie czułam ogromnej radości. Żadnych łez wzruszenia, okrzyków szczęścia, podskakiwania. Siedziałam przy drewnianym stole, patrzyłam na tę kropkę wymalowaną na szlakówce i myślałam: “A więc jesteśmy. Doszliśmy.” Nie wiem czy to zmęczenie, czy dlatego, że ja po prostu nie jestem przesadnie ekspresyjną osobą 😉

m

Cieszę się z tej wędrówki także dlatego, że każda mnie czegoś uczy. Z tej wiem, że udało mi się przez ostatni rok sporo poprawić moją kondycję, ale dużo jeszcze mogę zrobić w tej kwestii i muszę nad tym popracować. Do tego obszar planowania, pakowania się, doboru sprzętu, zwłaszcza butów – te kilka dni dostarczyły mi nowych obserwacji, nowych wniosków, przemyśleń na temat moich potrzeb, zarówno w odniesieniu do sprzętu, jak sposobu wędrowania, częstotliwości przerw itp. Chyba zrobię z tego osobny wpis 🙂

Więc na koniec – czy polecam Mały Szlak Beskidzki? Tak, zdecydowanie. To dobra trasa na początek przygody ze szlakami długodystansowymi – nie przesadnie długa, a jednak wymagająca i dająca satysfakcję po jej ukończeniu.

Czy wybrałabym się na Mały Szlak Beskidzki jeszcze raz? Hm… być może. Za jakiś czas. Ale nieprędko 😉 Nie wykluczam tego, oczywiście, jednak mam na swojej liście dużo innych szlaków, które chciałabym również przejść i może kiedyś wrócę na MSB, z większym doświadczeniem i inną perspektywą 🙂

A poniżej link do obiecanego filmu ze szlaku. 137 km w 33 minutach 🙂 Plus mała prośba – pod filmem jest link. Możesz go kliknąć i wesprzeć moją działalność na blogu oraz YouTube symboliczną wirtualną kawką. Takie wsparcie, nawet drobne, dużo dla mnie znaczy. Dziękuję Ci bardzo 🙂

Jeśli podoba Ci się to, co robię, możesz mi pomóc robić to dalej 🙂

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Leave a Comment

* Używając tego formularza, wyrażasz zgodę na przechowywanie Twoich danych przez tę stronę zgodnie z polityką prywatności.

Zobacz więcej

Ta strona potrzebuje ciastek (cookies), żeby poprawnie działać. Bez tego ciężko ją zapędzić do roboty :) Niech żre na zdrowie! Co to za ciastka?