Alpy Wiktoriańskie – Bright i okolice

jezioro w Alpach Wiktoriańskich

Zatrzymaliśmy się po drodze na jakąś kawę i po zapasy jedzenia, kiedy ktoś dostrzegł na tablicy informacyjnej przy lokalnym sklepie komunikat o tym, że w okolicy spadł śnieg. Miejsce było wprawdzie całkiem nie po drodze, ale moja ekipa już się tym faktem podjarała i gotowa była nadrobić te kilometry, byle to zjawisko zobaczyć. Byłam zdaje się jedyną, która nie okazywała entuzjazmu. “Ej, kurde, no serio? Przeleciałam pół świata, żeby oglądać ŚNIEG?” – myślałam.

Tu muszę wtrącić, że poniekąd rozumiem moich towarzyszy, bo jak się na stałe mieszka w Australii, to śnieg nie jest raczej zjawiskiem powszechnym. W górach to i owszem. Ale w takim Melbourne już niekoniecznie. Ja natomiast nie jestem przesadną entuzjastką niczego, co jest zimne i mokre. Choć z perspektywy czasu myślę, że zdjęcia z ośnieżonej Australii, i to w dodatku latem, mogłyby robić furorę.

Ostatecznie pomysł oglądania śniegu upadł – komunikat wyraźnie informował, że wjazd w te okolice możliwy jest jedynie przy obecności łańcuchów na kołach, a takiego sprzętu nie posiadaliśmy.

panorama Alp Wiktoriańskich w okolicach Bright Australia

Alpy Wiktoriańskie – gdzie to jest i jak tam dojechać?

Już z wcześniejszych akapitów wiesz, że jesteśmy w Australii. Nie będzie zapewne szczególnym zaskoczeniem, jak napiszę również, że znajdujemy się obecnie w stanie Wiktoria – stąd właśnie Alpy Wiktoriańskie, które są częścią Alp Australijskich. Te z kolei są jednym z pasm Wielkich Gór Wododziałowych, o których wspominałam już kiedyś przy okazji opowiadania o Górach Grampians. To właśnie w Alpach Australijskich, ale w ich innym paśmie, w Górach Śnieżnych już na terenie stanu Nowa Południowa Walia, jakieś 150 km od miejsca, o którym opowiadam, znajduje się najwyższy szczyt tego kraju – Góra Kościuszki (2228 metrów nad poziomem morza). Część Alp Wiktoriańskich jest od swych sąsiadek Gór Śnieżnych nieco niższa, ale obstawiam, że wcale nie mniej piękna.

Głównym ośrodkiem turystycznym regionu jest malownicze miasteczko Bright, położone w dolinie rzeki Ovens. Dojechać tu można łatwo z Melbourne, a trasa ma nieco ponad 300 km (jak na australijskie warunki to rzut beretem). Prowadzą tu drogi M31 do wysokości Wangaratta, a następnie B500. Nie sprawdzałam, ale niewiele dalej chyba jest ze stolicy Australii – Canberry. Stąd należałoby kierować się drogą na Albury, a potem tak samo do Wangaratta i dalej drogą B500 do samego Bright.

Można się tam również dostać z Melbourne transportem publicznym i tu są dwie główne opcje:

  • pociągiem do Wangaratta i dalej autobusem do Bright (koszt: około 20 AUD, chyba najtańsza opcja),
  • autokarem z Melbourne od razu do Bright – tu istnieje kilka wariantów, np. z przystankiem koło pomnika słynnego zbira w Glenrowen – te warianty są chyba jednak zwykle trochę droższe niż połączenie pociąg + autokat (punkt 1.).

Bright – gdzie się zatrzymać?

Odpowiedź na to pytanie mogłaby brzmieć: a gdzie chcesz! W Bright jest bowiem tyle niewielkich hoteli, kempingów, pól namiotowych, domków do wynajęcia, że można wybierać i przebierać. I każdy na pewno znajdzie coś dla siebie i na swoją kieszeń. Niestety, nie podpowiem konkretnego miejsca – raz, że byłam tam już dawno temu, bo z 8 lat ponad, a dwa – byłam gościem i nie pamiętam jak się nazywało miejsce, gdzie wynajmowaliśmy nasz domek. Jedno wiem na pewno – Bright jest bardzo popularne i to o każdej porze roku, dlatego rezerwacje na jakikolwiek nocleg lepiej jest zrobić ze sporym wyprzedzeniem.

formacje skalne w Alpach Wiktoriańskich

Idealne na długi weekend

Okolice Bright mają tyle do zaoferowania, że tak naprawdę nawet przez tydzień albo i dwa nie zdążyłbyś się tam znudzić. Można tu robić wszystko – od oczywistych wędrówek po górach, pośród eukaliptusowych lasów i wapiennych skał w wyższych partiach, przez leniwe zaleganie na trawie i przyglądanie się płynącej rzece Ovens, łowienie pstrągów w tutejszych rzekach, wybranie się nad któreś z tutejszych jezior albo urządzenie sobie nad którymś biwaku. Zimą (czerwiec-sierpień) można oczywiście jeździć na nartach. Poza tym, jak ktoś jest odważny, można uprawiać tu wspinaczkę skałkową albo polatać na paralotni nad rzeką Ovens.

W okolicznych miasteczkach odnajdziesz klimat dawnej Australii z czasów gorączki złota (Beechworth), zrobisz sobie zdjęcie z pomnikiem Neda Kelly’ego, słynnego bandyty, który doczekał się nawet filmów o nim kręconych (w Glenrowan), możesz również pobłądzić w okolicznym ogrodzie-labiryncie, pójść na któryś z miejscowych targów i objeść się po kokardę lokalnych serów, orzechów, jabłek, skosztować tutejszej oliwy i wina. Szczególnie sprzyjają temu festyny urządzane w ramach Festiwalu Jesieni (kwiecień-maj) w Bright, kiedy okolica mieni się tysiącem barw tutejszych drzew i krzewów.

My spędziliśmy w tym miejscu w sumie 3 dni na początku grudnia, ale z powodzeniem mogłabym zostać tutaj drugie tyle!

Trzy dni aktywnego lenistwa 🙂

Z racji tego, że dla moich towarzyszy był to po prostu dłuższy weekend i nieco wolnego od pracy, postawiliśmy na niezbyt forsowne wędrówki po górach i beztroskie zaleganie z kawą i książką nad rzeką zaraz niedaleko naszego wynajętego domku. I to było dokładnie to, czego wszyscy potrzebowaliśmy. Oni – chwili urlopu, ja – nieco odpoczynku po bogatym we wrażenia wojażu przez pół Australii. Tylko my, trawa, rzeka, góry, kaczki, papugi, jeziora, kurawongi…

Cała okolica Bright jest objęta terenem Alpejskiego Parku Narodowego (Alpine National Park) oraz mniejszego Parku Narodowego Buffalo (Buffalo National Park), ale oba z nich są przyjazne nie tylko dla przyrody, lecz również dla ludzi 🙂 Normalnie się tu żyje, nocuje, przemieszcza, a nad Jeziorem Buffalo można rozbić namioty i zorganizować sobie obozowisko.

Tutejsze góry, zbudowane głównie z kwarcytów i łupków krystalicznych oraz wapieni, nie należą może w tym miejscu do największych, ale najwyższy szczyt – Mount Bogong – znajdujący się nieopodal pobliskiej miejscowości Mount Beauty, ma 1986 metrów n.p.m., więc taki całkiem malutki to nie jest (Mount Bogong to najwyższy szczyt stanu Wiktoria). Tuż obok Bright znajduje się inny znany szczyt – Mount Buffalo – i ten jest nieco mniejszy, ale wciąż to 1723 metry n.p.m. (samo Bright znajduje się na wysokości nieco powyżej 300 metrów n.p.m.).

skały w Alpach Wiktoriańskich w okolicy Bright

Na szczęście zadbano tu o turystów na każdym poziomie zaawansowania, dlatego można zarówno ambitnie wybrać się na wspinaczkę po stromych skałach albo pójść na spacer którymś z łatwiejszych i niezbyt długich szlaków. Wytyczono je tak, by obejmowały najbardziej urokliwe zakątki. Podziwiać więc można zarówno wodospady, jak i niemal pionowe, gładkie skalne ściany, przepaście oraz rozpadliny. Można czerpać przyjemność ze spaceru w cieniu eukaliptusów i wdychać kojące opary eukaliptusowych olejków. Można wreszcie cieszyć oczy bogactwem tutejszej przyrody – różnorodnością ptaków, owadów, a jeśli ma się odrobinę szczęścia – może nawet uda się spotkać coś większego 🙂

potoczek na skraju przepaści zaraz-wodospad

Na każdą porę roku

To zdanie dotyczy właściwie wszystkich gór. Zimą – amatorzy białego szaleństwa nartowo-snowboardowego z pewnością będą zachwyceni. My byliśmy późną wiosną (początek australijskiego lata) i tutejsze lasy dały nam przyjemne wytchnienie od upałów panujących akurat w Melbourne, a dla mnie były jak chłodna kąpiel po wyprawie przez pustynię. Tak samo latem można tu szukać ukojenia, bo jednak wysokość i bujna roślinność robią swoje i z pewnością jest tu ciepło, ale nie tak upalnie (jeśli ktoś nie lubi upałów). Jestem przekonana, że jesienią jest tu po prostu bajecznie. Zresztą, widziałam zdjęcia robione tu w tym czasie i te wszystkie barwy, którymi pokrywają się drzewa, te żółcie i czerwienie w promieniach słońca – nie dziwię się, że to właśnie Festiwal Jesieni zdecydowano się tu świętować 🙂

W Bright i w Alapch Wiktoriańskich spędziliśmy w sumie trzy dni. Głównie na chodzeniu po górach i fotografowaniu tutejszej przyrody (ja). Z chęcią zostałabym tu dłużej, ale z drugiej strony ciągnęło mnie już trochę do Melbourne. Mijał prawie miesiąc mojego pobytu w Australii i – teoretycznego – mieszkania na przedmieściach tej metropolii, a ja tak naprawdę prawie tam jeszcze nie byłam! Byłam za to w setkach innych miejsc w różnych częściach kraju 😉 Najwyższy czas był już na to, by zrobić chwilę przerwy od tego ciągłego jeżdżenia i rozejrzeć się po mieście, do którego przyleciałam na początku. Ale na opisanie tego na blogu przyjdzie jeszcze czas 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *